Wbrew opinii (2009) nieżyjącego już Macieja Rybińskiego ostatecznie ukazała się w Polsce książka Jonaha Goldberga „Liberalny Faszyzm”. Co prawda Rybiński nie do końca się mylił, gdyż polskie wydanie nosi tytuł „Lewicowy Faszyzm” i wydane zostało z inicjatywy Forum Obywatelskiego Rozwoju, a w zasadzie przez organizację, której właściwsza nazwa powinna brzmieć „Forum Liberalnego Rozwoju”.
Skąd jednak wzięła się zmiana oryginalnego tytułu. Otóż wydawca już na początku stara się tę sprawę wyjaśnić, chociaż w moim odczuciu robi to intencjonalnie. Tak samo, jak zmienia szatę graficzną oraz oryginalne komentarze zacytowane na oryginalnym, amerykańskim wydaniu tej książki.
Co prawda wszystko to dzieje się za zgodą autora, tym niemniej jest zabiegiem w mojej opinii co najmniej dziwnym. Wydawca w krótkim wstępie poucza nas jak mamy czytać tę książkę zwracając uwagę na to, że słowo „liberalny” ma odmienną konotację w Europie – liberalny znaczy lewicowy. Trudno mi się z takim założeniem zgodzić, gdyż uważam po lekturze książki ten zabieg za bezsensowny i najwyraźniej chybiony. W istocie chodzi o linię podziału, która przebiega dziś pomiędzy konserwatystami, a neoliberałami, których sympatie lewicowe nie są bynajmniej jakąś wiedzą tajemną, a uznanym faktem w Europie.
Zresztą to liberalna lewica nie od dziś zabiega o przypisywanie ustalonym słowom zgoła innych znaczeń.
Goldberg udowadnia w swojej książce , że „liberalizm” to jeszcze jeden termin skutecznie skradziony i sprostytuowany przez lewactwo. Władza nad słowami jest władzą nad umysłami, a w konsekwencji nad ludźmi.
Mamy wreszcie nie za długi wstęp Leszka Balcerowicza, który można spokojnie pominąć, gdyż nie jest to ani recenzja książki Goldberga, ani też jej uzupełnienie. Balcerowicz powiela kilka tez zawartych w książce i niejako broni konserwatywnego podejścia do liberalizmu przywołując Hayeka i Poppera.
Amerykańskie wydanie książki zawiera komentarz Newta Gingricha, byłego przewodniczącego amerykańskiego Kongresu: "Zastąpiliśmy boskie prawa królów boskimi prawami samozwańczych grup. Goldberg prowadzi nas do nowego rozumienia i zmusza do głębszego myślenia".
Można się więc z Goldbergiem nie zgadzać, ale w żadnym przypadku – po przeczytaniu książki - nie można przejść obok tego co pisze beznamietnie.
Co prawda książka jest przeznaczona przede wszystkim dla amerykańskiego odbiorcy, ale okazuje się, że to co zawiera nosi wydźwięk szerszy i dotyka w równym stopniu Europę To w Europie przecież wszystko się zaczęło. To w Europie powstał komunizm, faszyzm i nazizm i to te trzy ideologie były elementem eksportu za Wielka Wodę i nie tylko. Autor w swojej pracy twierdzi, że o ile świat pokonał nazizm oraz spacyfikował komunizm, to ognisko faszyzmu pali się dalej.
Goldberg pokazuje początki wielkich Prus Bismarcka, przypomina o wojnie zafundowanej niemieckim Katolikom jako jedynej sile, która mogła przeciwstawić się pruskiej dominacji. Kulturkampf miał uwolnić Niemców z więzów antygermańskiej, obcej ideologii chrześcijańskiej i poprowadzić ich drogą nacjonalizmu i postępu.
Lata później Chrześcijaństwo było też wrogiem Hitlera, a dziś jest wrogiem kolejnych progresywistów zasiadających nie tylko na brukselskich fotelach ale i zajmujących opiniotwórcze stanowiska na uniwersytetach, w mediach, udzielających się w biznesie, mających swoje miejsce w show biznesie i tym podobne. Nie tylko zresztą w Europie. Tak więc dziś chrześcijaństwo tak ja wtedy jest wrogiem postępu w rozumieniu progresywizmu i to jemu neoliberałowie wytoczyli kolejną wojnę.
Goldberg przypomina także, że rewolucja młodzieżowa 1968 r. zaczęła się w roku 1910 we Włoszech od futurystycznego barbarzyństwa i poetyckich wieców. Przypominała dość dokładnie tę, która po latach stała się mitem założycielskim progresywistów – łącznie z grą na gitarze, filozofią hinduską i wolną miłością.
Mussolini przecież też mobilizował społeczeństwo wysyłając je na wyimaginowane wojny, co zresztą później czynili inni przywódcy państw totalitarnych - Mussolini prowadził "bitwę o zboże", Stalin "bitwę o transport", Mao – tse Tung poszedł jeszcze dalej wraz z „Rewolucją Kulturalną”, w PRL mieliśmy "bitwę o handel", a dziś mamy „Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy”.
Tak więc to się wcale nie skończyło. To trwa. Dawno sprawdzone mechanizmy mobilizacji społecznej przeciw wyimaginowanemu wrogowi dalej są skuteczne.
Goldberg pisze - "Każdego dnia słyszymy o "wojnie z rakiem", "wojnie z narkotykami, " "wojnie z biedą", słyszymy nawoływania, aby traktować te czy inne wyzwania społeczne jako moralny ekwiwalent wojny. Od opieki zdrowotnej przez kontrolę posiadania broni czy globalne ocieplenie liberałowie sugerują, że powinniśmy wznieść się ponad politykę i odrzucić ideologiczne różnice, aby wyjść naprzeciw potrzebom ludzi. Eksperci i naukowcy wiedzą, co robić, a więc czas debatowania się skończył. To, choć w miłej i bardziej strawnej formie, jest logika faszyzmu".
To bardzo znamienne zdanie i jakże pasujące do naszych czasów. Goldberg oskarża Al. Gora, Hilary Clinton, Hollywood i tamtejszą bohemę, amerykańską Partię Demokratów.
Na zakończenie tej mojej recenzji jeszcze jeden wątek z Goldberga – „(…) Z dwóch literackich wizji przyszłości – "Roku 1984" i "Nowego, wspaniałego świata" – wizja Orwella jest najbardziej znana, natomiast wizja Aldousa Huxleya okazała się bardziej prorocza. Dyktatura dziś nie opiera się na brutalności, tylko na zdolności do uszczęśliwiania ludzi rozrywką telewizyjną i psychoaktywnymi lekami. Polityka stała się narzędziem dostarczania opakowanego ładnie szczęścia. Coraz więcej z nas czeka już tylko, kiedy paczka zostanie doręczona”.
Polecam tę książkę wszystkim, którzy nie tylko lubią czytać, ale też i myśleć.




Komentarze
Pokaż komentarze (6)