Proszę się nie bać. Nie będzie o „resortowych dzieciach”. Wspomnę tylko mimochodem, gdyż będzie mi to potrzebne do dalszych rozważań. Chyba nikt rozsądny nie miał złudzeń, że ta książka powstała zgodnie z góry założonym schematem. Nie potrzeba do tego Mazurka, by to odkryć. Zresztą Mazurek lub opisani mogą także wydać swoje książki, a w nich przedstawić resort z drugiej strony. Nie wymagam od dziennikarzy bezstronności, bo dziś to fikcja. Wystarczy mi, by taka książka była napisana z maksymalną starannością i dbałością o fakty.
To może być dopiero ewentualne pole do polemiki. Zresztą cała polemika wokół tej książki jest co najmniej groteskowa, zważywszy, że w krajach o ugruntowanej demokracji podobnych pozycji ukazuje się sporo i nie wywołują aż tak skrajnych reakcji. Przykładem może być zeszłoroczna książka poświęcona Angeli Merkel.
W Polsce też przecież ukazywały się książki demaskujące ostatnie lata PRL-u oraz okres transformacji. Warto wspomnieć chociażby książki Henryka Pająka , w których nazwiska padały dziesięciokrotnie częściej niż w „resortowych”, a dotyczyły praktycznie każdej strony polityki lat 90-tych ubiegłego wieku. Wtedy mało kto się tym zainteresował, a przecież mógłby. Lepiej jednak - a w zasadzie bezpieczniej - było zrobić z Pająka wariata niż wchodzić z nim w dyskusję. Co prawda wytoczono mu kilka procesów, ale nigdy nie został skazany prawomocnym wyrokiem.
Dziś sytuacja jest podobna, a „resortowi” zapewne nigdy nie zdecydują się na odpowiedź w formie książki, gdyż bilans mógłby nie wyjść na zero i przysłowiowe mleko mogło by się rozlać po kraju niczym nie tak dawna powódź. Lewicowo liberalny salon woli raczej posługiwać się znanym od ponad stu lat terminem „ teoria spiskowa”. Każda „teoria spiskowa” ma to do siebie, że nie wymaga poważnego podejścia do tematu przez wspomniany salon, przyznając automatycznie rację owemu salonowi. Co by jednak nie napisać, każda publikacja typu „resortowe dzieci” poszerza wiedzę społeczeństwa na temat osób funkcjonujących medialnie i nie dotyczy to bynajmniej tylko dziennikarzy. Trzeba napisać, że też i inspiruje.
Zainspirowała pewnego blogera do tego, że rzucił on w swoim tekście myśl – skąd inąd wcale nie nową – o nowej drodze, bo tak mi się kojarzy po przywołaniu „alternatywnego państwa” z alternatywnymi strukturami. Dla mnie cały wywód tego autora to ewidentny bełkot kojarzący mi się już nie z jakąś nową drogą, a trzecią drogą . Takie, a w zasadzie podobne alternatywy tworzono swego czasu w Rzymie, Moskwie i w Berlinie. Zadziwiło mnie jednak, że pod tym tekstem wypowiedziało się entuzjastycznie sporo ludzi, których uważam za rozsądnych co najmniej.
Może to świadczyć z jednej strony o swoistym zagubieniu, a z drugiej o braku dostatecznej wiedzy – nie tylko tej historycznej. Przypomniała mi się taka historia z końca lat 80-tych, gdy to nowy liberalizm o twarzy jeszcze ministra Wilczka zapukał do naszych drzwi. Otóż otwarto z wielką pompą sporych rozmiarów , zadaszona poczekalnię. Gdy gawiedź rozeszła się do domów, pozostał „aparat”, który przy wódeczce i coca-coli opijał całe wydarzenie. W pewnym momencie wstał ten „pierwszy” i powiedział, że poczekalnia poczekalnią, ale w soboty i niedziele, to ona będzie stała pusta.
Co więc zrobić, by i w te dni ją wykorzystać – to tak w duchu tego nowego liberalnego gospodarowania. No i odezwał się pierwszy „przydupas” pierwszego, mówiąc, że można by wymalować linie na posadzce i w te wolne dni grać tam w tenisa ziemnego. No to pierwszy zapytał o to jakie są rozmiary takiego kortu tenisowego. Pierwszy przydupas nie wiedział, a reszta udała, ze ciężko myśli. Pierwszy poirytowany powiedział więc – „Zygmunt, zanim coś pi..dolniesz, to pierwsze pomyśl”.
Największym problemem Polski nie są „resortowi” ani ich dzieci. Największym problemem Polski jest prawnie usankcjonowany nepotyzm w rozumieniu daleko wykraczającym poza jego potoczne znaczenie, a dotyczący poszczególnych grup interesów niezależnie od tego, o której ze stron barykady mówimy. Zresztą nie istnieje tylko jedna linia podziału.
W tak skonstruowanym systemie prawnym obywatel będący poza strukturami czyli nie biorący udziału w nieformalnych interesach grupowych, chronionych – w większości - prawnie, jest bez szans. I nie zmieni tego żadne alternatywne państwo, gdyż istota tego o czym piszę nie grupuje się w pytaniu – „kto rządzi” tylko – „dlaczego rządzi”.
Ileż to razy widzieliśmy jak nieomylny z definicji Trybunał Konstytucyjny paraliżował swymi orzeczeniami zapisy konstytucyjne. Spore fragmenty ustawy zasadniczej są dziś martwe, albo interpretowane wbrew logice na korzyść grup, a nie społeczeństwa jako całości. Takie coś jest możliwe tylko w państwie, które opisałem. Nie znam recepty na dobre państwo. Wiem natomiast, że dobre i skuteczne państwo nie może być czymś co traktuje Konstytucję w sposób bezczelny. Prezydent RP nie może gwałcić jej zapisów dla partykularnych interesów grupy rządzącej, gdyż wtedy Konstytucja staje się zbiorem frazesów i bon motów, zaczynając przypominać tę PRL-owską, która była jedną z bardziej „demokratycznych” w zapisie, jednocześnie pozostając fasadą lub listkiem figowym dla ówcześnie rządzących.Nie można przecież ustawy podpisać, a nastepnie skierować ja do TK w "trybie kontroli następczej". Nie można ? Co ja piszę ! Można, jak najbardziej można !
Gdyby spojrzeć wstecz i przyjrzeć się kolejnym wyborom w których bierzemy udział, to należy stwierdzić, że nasza wiedza o kandydatach jest szczątkowa, albo żadna, a to przecież media powinny być nadzwyczaj dociekliwe i kandydaci powinni być prześwietleni już od kołyski. Jeżeli zachodzą zaś istotne przesłanki, to powinniśmy wiedzieć jeszcze więcej. Nie piszę tu o ludziach, którzy polityką interesują się chociażby tylko w sposób przeciętny. Prawda jest taka, że na temat polityków, mediów, mechanizmów rządzenia, dziewięciu na dziesięciu Polaków nie wie nic. Potem zaś połowa z nich idzie wybierać „swoich” przedstawicieli. Nie chcę pisać, że wszystko zależy od nas, bo to nieprawda. Od nas jednak coś tam zależy. Ile tego ? Nie wiem.




Komentarze
Pokaż komentarze (11)