Zanim napiszę o co mi chodzi, muszę powiedzieć, że uważam Romana Graczyka za wyważonego publicystę. Jak to jednak bywa, nie zawsze musimy się zgadzać, a czasami warto nawet zaprotestować. Otóż przeczytałem tekst Graczyka zatytułowany „Wybór szefa komisji europejskiej – test na demokrację” (link pod moim tekstem) i niestety ale nie mogę się zgodzić z tezami autora. Co więcej – uważam, że tak doświadczony publicysta powinien coś przemyśleć, zanim o tym napisze.
Teraz pokrótce o co chodzi. Otóż dotychczasowa praktyka unijna polegała na tym, że przewodniczącego Komisji Europejskiej wybierali, a w zasadzie uzgadniali szefowie państw poszczególnych rządów. Tak posadzono na tym stołku dwukrotnie Barroso. Oczywiście decyzyjność w tym przypadku należała do największych unijnych graczy. Z obojętnie jak rozumianą demokracją, miało to niewiele wspólnego.
Postanowiono więc jakieś dwa lata temu w gronie największych partii europejskich, ze każda z nich zaprezentuje w najbliższych wyborach kandydata na to stanowisko, co miało być odczytywane jako „pogłębienie” unijnej demokracji. Roman Graczyk nazywa to „obyczajem politycznym”, jako że, ustalenia nie miały charakteru formalnego. Przy okazji publicysta żywi nadzieję, że takie rozwiązanie może przypodobać się eurorealistom i eurosceptykom, uznając je tym samym za dobre.
Największe partie europejskie desygnowały więc swoich kandydatów EPL – Jeana -Claude Junckera, socjaliści – Martina Schulza, liberałowie – Guy’a Verhofstadta, a zieloni – José Bové. Myśląc więc logicznie – przewodniczącym Komisji Europejskiej powinien zostać w brukselskim głosowaniu kandydat partii, która uzyskała najwięcej mandatów europoselskich w pierwszej (?) turze. Sęk jednak w tym, ze nikt do tej pory nie określił, jak takie wybory miałyby wyglądać i w świetle niezłego wyniku partii sceptycznych, taki regulamin głosowania zapewne nie powstanie. To po prostu zbyt ryzykowne dla największych graczy.
Gdyby jednak traktować wspomniany nowy „obyczaj polityczny” na poważnie, to musielibyśmy zauważyć na plakatach wyborczych kandydatów PO i PSL Junckera z dopiskiem polskiego kandydata – „ będę głosował na Junckera”, czego oczywiście nie doświadczyliśmy. Podobnie jak w przypadku SLD i jej faworyta Schultza. Zapewne nie pominięto tych informacji z powodu zwykłego przeoczenia. Dla każdego w Polsce jest oczywiste, że takie deklaracje nie przyniosłyby wartości dodanej kandydatom wspomnianych partii. Co więcej – sporo ludzi postawiłoby sobie pytanie – „o co chodzi ?”. To takie pytanie z kategorii tych trudnych, bo istotnych.
Pisze Graczyk w podsumowaniu swojego tekstu – „Tak czy inaczej, to że nazajutrz po wyborach zwycięska (relatywnie) formacja mówi „nie żartowaliśmy, podtrzymujemy naszego kandydata” jest wiadomością raczej dobrą niż złą. Chyba, że się naszej przynależności do UE nie traktuje serio.”
Otóż to, Romanie Graczyk. Pan wierzy w fikcję, a w najlepszym razie jest pan co nieco naiwny.
http://wpolityce.pl/swiat/198156-wybor-szefa-komisji-europejskiej-test-na-demokracje




Komentarze
Pokaż komentarze (3)