Wesele, wesele, Opole, Opole – chciało by się wrzasnąć. Może by się by i chciało. Prawie co miniony, kolejny festiwal opolski przeszedł do historii wiecznie żywej. Od lat te wszystkie polskie festiwale mają to do siebie, że musowo trzeba odgrzać stare kotlety, a leciwym artystom sypnąć troszkę grosza - tym razem z publicznej kasy.
Oczywiście było też „nowe”, czyli jeszcze młode – może to jakiś pozytywny symptom na przyszłość. W zasadzie to zacznę od soboty pomijając kiepski piątek. Ta pierwsza część soboty była całkiem, całkiem. Można powiedzieć, że dało się popatrzeć z przyjemnością. Nawet Marylka zbytnio nie przeszkadzała. Razem z kabareciarzami i prowadzącymi tworzyła unikalny colage w ten sobotni wieczór. No i potem to honorowe obywatelstwo miasta Opola. Komu jak komu, ale jej się bez dwóch zdań należało. Sławiła te Opole przez dziesięciolecia, nie odpuściła prawie żadnej imprezy – to trzeba mieć siłę i hart ducha. Szkoda tylko, że ci od plastyki nie stanęli na wysokości zadania – gdy się Marylka uśmiechała, to zagryzałem palce, by jej się buźka nie rozleciała. Wolno kabareciarzom, to i ja sobie pozwoliłem na małą uszczypliwość, chociaż wcale nie mam niecnych zamiarów.
I tak sobie pomyślałem – od wczesnego Gierka do późnego Tuska. Ona to wszystko przeżyła. Połączyła pokojowo PRL z III RP, a medalu od Prezydenta w ubiegłym tygodniu nie dostała. Jakiż to byłby dopiero symbol !
No a po sobocie przyszła niedziela. W ściemnionych okularach wyszedł minister ( jeszcze) od kultury – Zdrojewski. Walnął patosem między oczy i był zszedł ze sceny. Potem zaś poszły w tany owe wspomniane, odgrzewane kotlety w rytm kontestowanej wolności.
Tak mnie zebrało na wspomnienia. Przecież świadomie przeżyłem Gomułkę, Gierka, Kanię, Jaruzelskiego, Mazowieckiego, Bieleckiego, Olszewskiego, Pawlaka, Suchocką, Oleksego, Cimoszewicza, Buzka, Millera, Belkę, Marcinkiewicza, Kaczyńskiego i co właśnie przeżywam Tuska i jakoś nigdy do chwili obecnej nie zdarzyło się, by na jakimkolwiek festiwalu poza owsiakowym wystąpiła władza w randze ministra lub wyżej, a okazji i festiwali było przecież co najmniej kilka, że wspomnę jeszcze Sopot, Zieloną Górę, Kołobrzeg, Mrągowo – resztę miast przepraszam – nie chce mi się szperać w pamięci.
No i te rocznice – „1000 lat państwa polskiego” – czyli tysiąc szkół na tysiąclecie. 25 lat PRL-u czyli siódma gospodarka światowa. Dziś zaś wychodzi Zdrojewski i coś tam mruczy pod nosem. Zamiast coś radośnie, to okazuje się, że on do końca nie jest zadowolony z festiwalu.
No ale kto nie pamięta gospodarskich wizyt towarzyszy w słusznie minionej epoce, gdzie to i się pokrytykowało ( nie wszystkich), to też się i pochwaliło.
Zdrojewski bowiem uważa, że Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej nie jest najlepszym miejscem do wykonywania utworów w języku obcym. Minister usprawiedliwił jedynie Ryszarda Rynkowskiego, który zaśpiewał utwór Joe Cockera . Jak przystało na VIP-a od kultury, zaprezentował swoje przemyślenia - otóż zdaniem ministra, festiwal w Opolu powinien jak najwięcej czerpać z klasyki polskiej muzyki rozrywkowej. Zasugerował nawiązywanie do Kabaretu Starszych Panów, Ewy Demarczyk, Czesława Niemena czy Marka Grechuty. „Chodzi o wzorce związane z dykcją, kompozycją i wykonywanie utworów na najwyższym poziomie instrumentalnym” – jednym słowem „wow !!!” – to ci minister !
„Już lat 25 – powoli dzień po dniu – rozkwita nam ojczyzna – jak pęk czerwonych róż” – śpiewał swego czasu Wojciech Gąsowski. Szkoda, że go zabrakło… byłoby w sam raz, a tak pozostał nam postpeerlowski Upiór w Amfiteatrze.




Komentarze
Pokaż komentarze (14)