Układ otwarty
Ucz się tak, jakbyś miał żyć wiecznie, żyj tak jakbyś miał umrzeć jutro" Życie jest religią.
184 obserwujących
1407 notek
3381k odsłon
1288 odsłon

Zasada antropiczna – moje zębanie zgrzytami

Wykop Skomentuj134

Podrzuciła mi moja kochana siostrzyczka link do ponad półtoragodzinnego wykładu na youtube p.t. Fizyka a wiara. Wykłada, w ramach Wszechnicy FWW, prof. Krzysztof Meissner, głównie dla licealistów. Rozumiem, że wykład ten miał na celu popularyzację zdrowego naukowego myślenia na temat czegoś w rodzaju ziemi niczyjej pomiędzy nauką a religią. 


Po wysłuchaniu 30 minut wykładu, poderwałem się z krzesła, złożyłem siostrzyczce wizytę i zawołałem, że więcej nie mogę, newry mi nie wytrzymują i że nie wiem czy mam płakać czy „zębać zgrzytami” - tak dosłownie powiedziałem. Musiałem być najwyraźniej mocno zdenerwowany. A przecież zdaję sobie sprawy z tego, że prof. Meissner mówi to co ja sam mógłbym kiedyś dzieciom w szkole mówić, gdy byłem trochę młodszy i bardziej narwany niż obecnie. Jednak w międzyczasie trochę wydoroślałem i dziś słuchając tych argumentów nie wiem czy śmiać się czy płakać? Czy może zębać zgrzytami.

Jak to pięknie napisał św. Paweł w Liście do Koryncjan, w rozdziale 13, głównie mówiącym o miłości:

11 Gdy byłem dzieckiem,

mówiłem jak dziecko,

czułem jak dziecko,

myślałem jak dziecko.

Kiedy zaś stałem się mężem,

wyzbyłem się tego, co dziecinne.

A rzecz dotyczy przecież tego samego o czym pisałem w ostatniej notce: tzw. zasady antropicznej. Tyle, że ja i prof. Meissner wyciągamy z tych samych faktów zasadniczo różne wnioski. Inaczej obydwaj rozumujemy, do innych wyników dochodzimy. I na to chcę zwrócić teraz, w tej notce, uwagę. Czy mi się to uda? Nie wiem. Zobaczymy.

Punktem wyjścia jest to, że ucząc się fizyki dowiadujemy się, że są tak zwane „prawa przyrody”, że ich znajomość się przydaje, bowiem dzięki tej znajomości potrafimy na komputerze zaprojektować cały samolot, zbudować go według instrukcji komputera, i mieć pewność, że niemal na pewno poleci i pasażerów bezpiecznie do celu przewiezie.

Zarówno prof. Meissnera jak i mnie zdanie soebie z tego sprawy wprowadza w stan zdziwienia. Jednak rezultaty tego zdziwienia są u nas zupełnie różne. Wyjaśnię teraz co mnie osobiście tak wnerwia i dlaczego. Moje zębanie zcayna się w 17m25s wykładu, ghdzie pojawia się wypowiedź mniej więcej taka:

Mogę zadać zasadne i sensowne pytania na które nauka nie odpowie. Nie to, że teraz nie odpowie. Nigdy nie odpowie. Ponieważ leżą one poza jej paradygmatem.

Wykładowca nie podaje żadnego uzasadnienia. Co leży a co nie lezy poza „paradygmatem nauki”? Kto ten paradygmat określa, definiuje? Czy nauka to coś co nie zmienia się w czasie? Jest takie powiedzenie: „Nigfy nie mów „nigdy”.” No i co to jest „nauka”? Coś z czym się zgadza w danej chwili większość naukowców? Jak w ogóle można coś takiego dzieciom mówić, i to mówić z wielkim przekonaniem? Przecież jest to przykład nieracjonalnego wnioskowania. Za chwilę zobaczymy to wyraźniej.

Kluczowym takim pytaniem, zdaniem wykładowcy, jest „Dlaczego istnieją prawa fizyki?” Należy rozumieć, że jest to jedna z tych pytań na które nauka nie daje odpowiedzi i nigdy nie da odpowiedzi. Hmmm.... Już za parę minut wykładowca sam podda w wątpliwość to swoje stwierdzenie. Póki co serwuje nam taką wizję: „gdybym wyciagnął przypadkowy wszechświat z kapelusza, to ten nie miałby żadnych praw, byłby chaotyczny”. Ten obraz ma nas skłonić do zdziwienia: czemu więc w naszym świecie widzimy jakieś prawa?

Jednak co to takiego ten „przypadkowo wyciągniety wszechświat z kapelusza”? O czym tu jest mowa? Kto wyciąga? Z jakiego kapelusza? Jak? Co znaczy „przypadkowo”? Kto decyduje i jak o takim a nie innym rozkładzie prawdopodobieństwa? To zdanie o przypadkowo wyciagniętyn z kapelusza wszechświecie nie ma w ogóle sensu. Oczywiście ktoś może mu próbować nadać sens w takim czy innym bardziej lub mniej prymitywnym modelu. Ale czemu mielibyśmy ten akurat model przyjąć? Ja tego nie rozumiem. Jak można bez zająknięcia takie zdania wygłaszać? Wiem, że różni fizycy takie rzeczy głoszą, nawet publikują, jednak nie zwalnia nas to od obowiązku krytycznego myśleniu.

Dalej wykładowca usiłuje nas przekonać, że gdyby prawa przyrody się zmieniały, niemożliwa byłaby nauka. I znów bardzo silne stwierdzenie bez żadnego uzasadnienia. Bowiem diabeł ukrywa się w detalach. Prawa przyrody mogłyby się zawieszać tu i ówdzie, od czasu do czasu. I nic by się nadzwyczajnego z tego powodu nie stało. Po prostu mielibyśmy od czasu do czasu „cud”. Można z tym żyć? Można. Prawa przyrody mogłyby ulegać osłabieniu w pewnych stanach świadomości. Mielibyśmy wtedy „chodzenie po ogniu”, „spontaniczne uzdrawianie” itp. Można z tym zyć i uprawiać przy tym naukę? Można.

A jak będzie nauka jutro, tego nie wiemy. Nie wiemy w którą stronę się rozwinie. Wyrokować o tym dziś nie wolno. Nie mamy do tego podstaw.

No i w końcu co to takiego to „prawo przyrody”? Nie znam żadnego uniwersalnego prawa przyrody. Znam prawa przybliżone. Nie znam praw dokładnych. To co nazywamy „prawami przyrody” operuje pojęciami źle i mętnie definiowanymi, takimi jak „masa”, „energia”, „ładunek elektryczny”. Są to pojęcia zdefiniowane wewnątrz takiego czy innego modelu, jednak zdajemy sobie z tego dobrze sprawę, że są to modele jedynie przybliżone. Że zatem nie żadnych powodów by domniemywać, że dane „prawo” będzie obowiązywać „zawsze i wszędzie”. Można w to wierzyć, nie można jednak tego w żaden sposób racjonalnie uzasadnić. Prawda jest taka, że istnieją sformułowania nazywane przez nas „prawami przyrody” i poprzez praktykę możemy się nauczyć z tych „praw” korzystać. Musimy jednak być zawsze przygotowani na to, że spotkamy się ze zjawiskami przy których nasza znajomość praw przyrody okaże się bezużyteczna. Będziemy wtedy szukać innych, bardziej rozwiniętych „praw”. Lub będziemy zmuszeni rozwinąć naukę w innym kierunku tak, by wyszła poza zwykłe „prawa”, by poszukała „meta-praw” czy „meta-meta praw”. Może trzeba będzie porzucić dwu-wartościową logikę? Może trzeba będzie umieć wejść w szósty wymiar i z niego wrócić? Któż to może przewidzieć? Dla mnie nauka to stosowanie racjonalnego myślenia, nieustanny rozwój, ulepszanie. A nie kreowanie paradygmatów i dobrowolne się wewnątrz nich zamykanie.

A oto przykład jak wykładowca się plącze i sam sobie przeczy. Gdzieś około 23-ciej minuty słyszymy raz jeszcze o tym, że na pytanie dlaczego istnieją prawa przyrody nauka nigdy, ale to nigdy nie znajdzie odpowiedzi, i że to jest „niemal dowód na istnienie bytów transcendentnych typu Bóg”, by zaraz w chwilę potem, dowiedzieć się, że pojawiają się publikacje z odpowiedziami na to właśnie pytanie, tyle, że te odpowiedzi naszego wykładowcy nie przekonują.

image

Na przykład naukowcy od zasady antropicznej tworzą teorie w których produkowane jest bardzo bardzo wiele wszchświatów, i w niektórych z nich przez czysty przytpadek pojawiają się prawa przyrody ora z ludzie te prawa odkrywający i się im dziwiący, tacy jak my. Więc nie ma się czemu dziwić. Takie teorie naszego wykładowcy nie przekonują, bowiem nie można ich, jak twierdzi, „udowodnić”. Dlaczego nie można ich udowodnić? Nigdy nie będzie można ich udowodnić? Nigdy nie będzie żadnej teorii wyjaśniającej pochodzenie znanych nam praw przyrody udowodnić? Skąd taka pewność? Taka pewność z nauką nie ma nic wspólnego. To wiara a nie nauka. Od tego właśnie zębają mi zgrzyty.

Moja siostra twierdzi, że powinienem wysłuchać wykładu do końca. Że dalej są ważne i ciekawe rzeczy. Może. Ale to nie na moje nerwy.


Wykop Skomentuj134
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Technologie