Konwicki jest jednym z ostatnich już wybitnych pisarzy, którzy życiem swym i twórczością towarzyszyli losom Polaków tak długo, że zarówno ich biografia, jak i dzieła mogłyby stanowić ważne klucze do zrozumienia historii naszego narodu. Mogłyby...
Po obejrzeniu filmu Janusza Andermana „Co ja tu robię” zapewne wielu widzów skwitowało go określeniem, skierowanym przez wybitnego polityka pod adresem polityków niewybitnych: „Kury wam szczać prowadzać...”.
Inni może podsumowali Andermanowy gniot bardziej dosadnymi słowami albo po prostu wyłączyli telewizor. Reżyser miał w ręku znakomite karty: młody partyzant, który walczył z obydwoma najeźdźcami – potem został uznany przez wielu towarzyszy broni za zdrajcę; były ministrant, który potem napisał haniebne „sprawozdanie” z procesu biskupa Kaczmarka; partyjny agitator, który później potępiał i wykpiwał swoich komunistycznych „naganiaczy”; pisarz dworski, który najlepsze lata stracił na dogadzaniu władzy zakłamanymi książkami – a kiedy mógł już napisać prawdę, talentu starczyło mu już tylko na satyrę w rodzaju „Małej Apokalipsy”... Cztery w jednym – a wszystko to ten sam Konwicki! Wydawało się, że nikt nie zdoła tego spartolić. A jednak – Andermanowi się udało.
Tematy ważne starannie pominięte
Zamiast zrobić film jednocześnie prawdziwy, pogłębiony i rozwijający się w hitchcockowskim tempie (los Konwickiego taki scenariusz wprost narzuca), reżyser sfilmował gadające głowy, w tym własną i oczywiście swojego szefa – Michnika, poprzedzielał ich wypowiedzi wycinkami z filmów i uznał rzecz za skończoną. Tymczasem nawet jej nie zaczął.
Los zarazem doświadczył i obdarzył Konwickiego. Jako chłopak (rocznik 1926) poznał jeszcze II Rzeczpospolitą, potem walczył w wileńskiej partyzantce – otarł się o wspaniałych dowódców Armii Krajowej i uczestniczył w legendarnych wydarzeniach. „Biezrukij major” Kalenkiewicz „Kotwicz”, Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, rotmistrz Witold Pilecki; „Ostra Brama”, bój pod Surkontami, rajd partyzantów „Góry – Doliny” z Nowogródczyzny do Kampinosu – Konwicki był jakby po to stworzony, by to wszystko opisać. Dostał na tyle długie życie, by mógł przekazać prawdę – lecz zdradził i Kresy, i siebie!
Nie powstały książki, ale przecież została pamięć. Mógłby teraz mówić prawdę – do kamery, była szansa na stworzenie utworu wybitnego i – dodać też trzeba brutalnie – być może szansa ostatnia. Była, ale reżyser Konwickiemu jej nie dał.
Anderman nie dał też szansy na zrobienie rachunku sumienia – sumienia Konwickiego i wielu innych twórców PRL, których los pisarz podzielał, była szansa na rozmowy o głębi i okrucieństwie dialogów Dostojewskiego, ale Dostojewskiego, który mierzył się nie z rzeczywistością XIX-wiecznej Rosji carów, lecz z tą obydwu XX-wiecznych totalitaryzmów. Nic z tego. Zamiast Dostojewskiego i „Biesów” – „Moskwa-Pietuszki”! Ale bez tej lekkości, jaką dają talent i alkohol, raczej bełkot na kacu. I na dużo nieważnych tematów. Ważne zostały starannie pominięte.
Były amant i pyzaci poloniści
Podstawowy błąd reżysera polegał na dobraniu rozmówców, którzy nie mieli nic do powiedzenia. Żyją jeszcze starzy partyzanci, także i paru z Wileńszczyzny, żyją towarzysze (tzn. towarzysze partyjni) Konwickiego z POP przy ZLP – razem się kiedyś szmacili, razem wychodzili z uzależnień – byłoby co wspominać. Zamiast tego Anderman zaprosił do rozmowy Andrzeja Łapickiego i dwóch polonistów. Przez chwilę miałem nadzieję, że Łapicki – aktor nie tylko świetny, ale i sprzedajny, ongiś najsłuszniejszy głos Kroniki Filmowej (podobnie jak Konwicki komentator politycznych procesów!) – powie coś ciekawego. Może coś o morderstwach sądowych zamienianych w widowiska dla plebsu, może o manipulacji nie tylko tłumami, ale i elitami – e tam. Aktor i pisarz zaczęli gaworzyć o trudnościach gaworzenia. Zjawiło się też dwóch pyzatych polonistów: Tadeusz Lubelski i Stanisław Bereś. Pochwalili się, że napisali bardzo ważne rzeczy o Konwickim, o samym pisarzu nie mieli jednak nic ciekawego do powiedzenia. Trzeba jednak ich usprawiedliwić: gdy któryś wychylił się z pytaniem, pisarz błysnął salonowym porzekadłem: Czy ja jestem na przesłuchaniu w IPN?!
Poza tym Konwicki przyznał, że nie pisze, bo mu się nie chce, i wygłosił opinię na temat Holocaustu – ni w pięć, ni w dziewięć – ale za to poprawną i zawsze mile słuchaną. Zwłaszcza kiedy sporą część win zwala się przy okazji na Polaków. Głębia filozoficznych uogólnień Mistrza wyczerpała się na stwierdzeniu, że literatura ma krótkie nogi. Możemy jeszcze wsłuchiwać się w muzykę średniowieczną, obrazy – im starsze, tym lepsze, jednak język szybko się zmienia, wraz z nim starzeją się dzieła. Zanosiło się na ciekawą dyskusję, czekałem – może padną przykłady Biblii czy Homera, może ktoś przywoła tezę Radhakrishna, iż cała filozofia Zachodu to tylko przypisy do Platona – mogłem czekać. Zamiast podyskutować, panowie zamyślili się nad głębią formuły o krótkich nogach i wyraźnie zaczęli przysypiać. Trzeba było puścić muzyczkę i obrazki.
Przemilczenia ważniejsze od słów
Trochę ożywienia wniósł do spektaklu dopiero Adam Michnik. W przeciwieństwie do pozostałych aktorów błysnął zarówno inteligencją, jak i urodą, okazał się też świetnym i dyskretnym manipulatorem. Gdy Konwicki zaczął coś niebezpiecznie nawijać, że czuje się odpowiedzialny za PRL – Michnik od razu uznał, iż właśnie książki Konwickiego były bombami podłożonymi pod ustrój i rozgrzeszył pisarza tak szybko, że ten nie zdążył wyznać ani jednego grzechu. Nie usłyszeliśmy więc, jak to się stało, że młody akowiec „Bóbr” broniący z karabinem w ręku Wileńszczyzny, strzelający do komunistów – nagle został totumfackim Borejszy. Po porzuceniu partyzantki awansował z chłopaka dorabiającego korektami w „Odrodzeniu” do rangi zaufanego (i czujnego!) sekretarza redakcji! Stalinowski nadzorca kultury – Borejsza – wziął ekswroga ustroju do Warszawy, załatwił lokum w hotelu „Bristol”, zabrał jako swego sekretarza na Kongres Intelektualistów we Wrocławiu... Potem Konwicki brylował razem z Woroszylskim i Kapuścińskim na Światowym Zlocie Młodych Bojowników o Pokój. W zamian były „Bóbr” wstąpił do partii i niejako w imieniu AK przyznawał się do bandytyzmu, strzelania do Żydów. Mówiąc prościej: dał się zaangażować jako świadek kłamstwa. Kłamał w opowiadaniach, reportażach i powieściach. Wydał dwukrotnie produkcyjniak „Przy budowie”, za który dostał Nagrodę Artystyczną III stopnia (1950), trzykrotnie wydrukował „Władzę” będącą jakby poprawioną, coraz bardziej serwilistyczną wersją „Popiołu i diamentu”. Bohater, Wiktor Cieszkowski, był słuszniejszy niż Maciek Chełmicki: sam poszedł ujawnić się na UB, a zastrzelił go nie sowiecki patrol, tylko koledzy z AK – za zdradę.
„Władza” była jedną z najważniejszych książek tamtych lat, miała kilka coraz słuszniejszych wydań, za nią dosłał Konwicki Nagrodę Państwową III stopnia (1954). Miał lat 28, był na szczycie. By umocnić pozycję, napisał kolejną komunistyczną propagandówkę „Z oblężonego miasta”, która ukazała się w 1956 r. Konwicki odnotował w niej m.in. scenę z demonstracji 3 Maja 1946 r. w Krakowie. Demonstracja została zmasakrowana przez władze komunistyczne. Konwicki zaś nie tylko ją zbagatelizował – jego sympatia była po stronie pacyfikatorów i narzucał swe odczucia czytelnikom! Nie było też w filmie mowy o „Godzinie smutku” – minipowieści, która była szlagierem 1954 r. Początkowo nosiła tytuł „Miłość” i została odrzucona przez Ważyka z „Twórczości”; ostatecznie wydał ją jednak Czytelnik. W poprawionej wersji „Dziennika 1954” Tyrmand zrecenzował i tę książkę, i zebranie sekcji prozy ZLP poświęcone miłosnej aferze z 21 stycznia 1954 r.: „Pastwiono się nad niejakim Konwickim, młodym literatem, posłusznym i oddanym członkiem partii i wszelkich jej młodzieżowych przybudówek. Napisał opowiadanie o miłości. Z wszystkimi akcesoriami, jak trzeba: szlachetny oficer UB, kochankowie pierdolą się niemal pod kontrolą podstawowej organizacji partyjnej, nigdy przeciw, zawsze za i ze Związkiem Radzieckim, w łóżku nieustannie mowa o proletariacie. A jednak okazało się „nie takie”. Ludzie w wieku przydrożnych kamieni, o powierzchowności karłów i maszkar – Melania Kierczyńska, Adam Ważyk – informowali ludzi w średnim wieku i o normalnym wyglądzie, o tym, co to jest spółkowanie – dojrzałe klasowo, a nie animalistyczne, wynaturzone, amerykańsko-imperialistyczne. Ta Kierczyńska, szara eminencja czerwonej literatury, koszmarny zlepek wyschłych kości i brodawek, która w życiu wypełnionym walką o socjalizm i przy swej urodzie, kutasa widziała tylko w atlasie anatomicznym, pouczyła nas, że zdrada małżeńska jest przeżytkiem kapitalizmu [...] Litowałem się nad sobą nie nad Konwickim,; ten ma w końcu, co sam chce, o co się stara i walczy; zresztą odpowiednie komórki zawsze podsuną mu parę złotych, z głodu nie zginie, póki ma partyjną legitymację w kieszeni. Ale ja?”.
Jak widać, była to nie tylko recenzja książki, także recenzja jej autora. Dla filmu była to także szansa na dyskusję – po latach, ale nadal ważną. Dlaczego Konwicki wtedy był tak postrzegany? Ile w tym było jego winy? Jak przebiegało w Polsce zastąpienie terroru fizycznego duchowym, w którym Konwicki brał udział wraz z różnymi innymi Brandysami, Wirpszami i Ważykami. Ale żeby taka dyskusja zaistniała, to, po pierwsze, musiałby ją sprowokować reżyser, a po drugie, reżyser musiałby mieć jaja. Nie miał – w to miejsce odbyła się pseudodyskusja, którą poprowadził jego szef. Na pytanie Michnika, czy żałuje tego okresu, Konwicki odpowiedział kokietliwie: „nie wiem, błędy są czasem korzystne, wysubtelniają człowieka, czynią bardziej uważnym na świat, uczą nieufności do siebie i do świata”. A więc była to raczej konieczność niż wina. „Wyście znaleźli się w pułapce historii” – powiedział wybaczająco Michnik. I ten frazes załatwił sprawę zbrodni i zdrad tamtych czasów.
Adam Michnik Superstar
Trzeba przyznać, że w przeciwieństwie do nieruchawych i pyzatych polonistów, Michnik błysnął w tym filmie. Okazał się najbardziej ruchawy i najbardziej pyzaty. Próbował też – choć była w tym manipulacja – podbić poprzeczkę i skierować dyskusję na „odwilżową” twórczość Konwickiego. Wspomniał jeden z najwartościowszych, może najlepiej napisanych tekstów Konwickiego – nowelę o Traugutcie, która weszła w skład „Kompleksu Polskiego”. Podczas ostatniej nocy spędzonej z żoną Traugutt próbuje odpowiedzieć na najważniejsze z pytań. „Czy był sens powstać przeciw takiej sile? Nie wiem, czy był sens, był mus”.
„To zdanie towarzyszyło mi w najtrudniejszych momentach życia” – powiedział Michnik. I w tym momencie film jakby zaczął się od nowa. Zaczął i skończył, bo reżyser znów puścił obrazki i zadowolonych z siebie pyzatych.
W pewnym momencie zacząłem podejrzewać, że może Anderman celowo upupił wszystkich, oprócz swojego szefa, by widz zapamiętał bez zakłóceń jego głośno wypowiadane stwierdzenia. A stwierdzenia te narzucają „poprawną” wizję historii. Ta jest prosta, a życie i ocenzurowana twórczość Konwickiego stanowią jej idealne wręcz ilustracje.
Historia Polski nie zaczyna się od komunistycznej zdrady ani od bratobójczych zbrodni dokonywanych na zlecenie sowieckiego okupanta. Narzucenie Polsce komunizmu kosztowało – według ostrożnych obliczeń amerykańskich – około 360 tys. zabitych, zesłanych i uwięzionych; towarzysze broni Konwickiego przynieśli z Wileńszczyzny powstanie, które wygasło dopiero na początku lat 50. Upadło – nie dlatego, że powstańcy byli nie dość dzielni – złamały je przeważające siły dywizji NKWD i oszustwo „amnestii” 1947 r. O tym w filmie Andermana ani słowa. A przecież ta trwająca kilka lat zbrodnia i to – najdłuższe w naszych dziejach – powstanie stanowiły tło pisaniny i kariery Konwickiego! To swoich dawnych towarzyszy broni nazywał bandytami, gdy prosił o przyjęcie do partii!
Jeśli nie ma wielkich wydarzeń i postaci takich jak Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, Stanisław „Warszyc” Sojczyński czy Marian „Orlik” Bernaciak, jeśli znikają z kart historii legendarni przywódcy WiN – Jan Rzepecki, Franciszek Niepokółczycki, Wincenty Kwieciński, Łukasz Ciepliński, jeśli znika ostatni podziemny rząd RP – Komitet Porozumiewawczy Organizacji Demokratycznych Polski Podziemnej i bohaterski pułkownik Wacław Lipiński, jeśli nie ma Lasu Stockiego i Kuryłówki, ba, jeśli nie ma nawet powstania czerwcowego w Poznaniu! – do rangi postaci historycznych awansują kombinatorzy w rodzaju Kuronia czy Geremka, do rangi wizji historycznych – program „finlandyzacji” ogłoszony przez KOR i „komunizm o ludzkim obliczu” salonowej grupki „komandosów” – słusznie wykpiony przez Herberta. Historia Polski zostaje zastąpiona historią kompartii, a dokładniej – historią lewicowego towarzystwa wzajemnej adoracji. Propagandowym matriksem!
Dygresja o Marcu i Wiecu
Michnik z Konwickim wspominali też rok 1968, Konwicki potępiał „moczaryzm” – jakby ten agent sowiecki, grający komuno-nacjonalistycznymi kartami był jakimś demonem historii. A przecież był to epizod, przepychanka dwóch frakcji jednej bandy – przepychanka o łaski Kremla.
W porównaniu z takimi zdarzeniami jak powstanie antysowieckie czy poznańskie – Marzec ’68 nie był zdarzeniem wielkim. Nie był też najważniejszym dla Żydów polskich. Przypomnijmy, iż były trzy fale emigracji Żydów z Polski – każda następna mniej więcej pięciokrotnie niższa od poprzedniej. Ci, którzy uważali się za Żydów, wyjechali z Polski po 1945 r., głównie w ciągu dwóch pierwszych lat. Chcieli budować Izrael. Niektórzy rzeczywiście za swą nową ojczyznę zginęli. W sumie do 1950 r. wyjechało do Izraela dokładnie 106 125 osób; do USA ok. 160 tys., do Ameryki Łacińskiej – ok. 30 tys., Mniejsze grupy wybrały inne kraje. Dodanie tych liczb daje więcej niż ćwierć miliona, ale pamiętać należy, iż nie wszyscy mieli ochotę walczyć o Izrael z bronią w ręku, nie wszyscy mieli ochotę na ciężką pracę w kibucach. Zmieniali więc, nawet kilkakrotnie, miejsca pobytu – i kilkakrotnie trafiali do statystyk. W PRL pozostali ci, którzy utożsamiali swój los, a także kariery z polskością. Można z pewną tylko przesadą powiedzieć, że po 1950 r. nie wyjechał z Polski ani jeden prawdziwy Żyd.
Na przestrzeni 1953–1957 r. wypłynęła z PRL druga fala – tym razem w obawie przed rozrachunkami z aparatem UB, służb wojskowych i propagandystami. To były czasy procesów Różańskiego i Fejgina, do rangi symbolu tamtych lat urasta postać Józefa Światły – ongiś wszechmocnego ubeka, który aresztował Gomółkę i Żymierskiego (temu ostatniemu przy okazji ukradł wysadzany brylantami sowiecki Order Zwycięstwa). Właściwie to jego ucieczka zapoczątkowała falę wyjazdów, która objęła ponad 50 tys. osób.
Fala z lat 1967–1969 była mniej więcej pięciokrotnie niższa od poprzedniej, objęła ok. 10 tys. osób (od lipca 1967 do końca maja 1969 r. – 5264 osoby); złośliwi twierdzili, że nie była to emigracja z Polski, lecz z ulicy Rakowieckiej. Rzeczywiście, przeważali w tej grupie pracownicy dawnych służb specjalnych, aparatu partyjno-państwowego i pracownicy propagandy. Postacią symboliczną tej fali był Dawid Kornhendler, nadzorca kilku urzędów bezpieczeństwa, który brylowal potem w Wolnej Europie. Istnieje domniemanie, że był on jednym z wtajemniczonych w organizowanie „pogromu” w Kielcach – niestety nikt go przed wyjazdem nie przesłuchał. Warto też odnotować hipotezę Adama Schaffa, iż pod przykrywką żydowskiej emigracji służby sowieckie wysłały na Zachód setki szpiclów.
Fakt, iż wielu przestępców uciekło przed sprawiedliwością, nie rozgrzesza jednak Polaków, zwłaszcza członków partii, z prób ożywienia antysemityzmu na potrzeby frakcyjnych rozgrywek. A wspominając nazwiska z tamtych lat, warto przywołać nie tylko niewartych ubeków, ale także nazwiska autentycznie skrzywdzonych Polaków pochodzenia żydowskiego, takich jak lekarka dr Alina Margolis, poetka Anna Frajlich czy kompozytor Zygmunt Karasiński. I dla pełności obrazu także o karierach takich ludzi jak Urban, Passent, Toeplitz, Minkiewicz, Lewin, Głowiński i inni. Wielu z nich stało się podporami władzy Jaruzelskiego – generała, który na polecenie Kremla rozpoczął czystki antyżydowskie, ale i antyakowskie w LWP.
I wracając na koniec do poruszonego w filmie tematu studenckich rozruchów i wiecu 8 Marca. Czekaliśmy wtedy na przyjście Michnika, czekaliśmy na przyjście literatów – i padało nazwisko Konwickiego. Nie zjawił się żaden z nich. A gdy doszło do bójek z „aktywem robotniczym” dowiezionym autobusami i właśnie z moczarowcami – bili się studenci z Kickiego, bili się studenci z Jelonek; „komandosów” jakoś nie widziano.
Zakończenie
Film Andermana przypomina książkę Bikont i Szczęsnej „Lawina i kamienie”, infantylną pracę Marci Shore „Popiół i kawior”, jeszcze bardziej infantylną „Biografię komunisty” Bermana pióra Anny Sobór-Świderskiej. Wszystkie one mijają się z prawdą, pomijają zdarzenia istotne, wyolbrzymiają drugorzędne. Film Andermana czyni to bardziej niezdarnie niż książka spółki Bikont – Szczęsna, ale intencja pozostaje ta sama: zastąpić rzeczywistość tamtych lat propagandowym matriksem.
Aby nie kończyć tego szkicu zarzutami, dodajmy dla równowagi, że film miał długo oczekiwane i ładne zakończenie. Była w tym polityczna kpina z peerelowskiej propagandy i poetycka aluzja „Stepów Akermańskich” Mickiewicza. W końcowym fragmencie sonetu poecie zdaje się, że natężając ucho, mógłby usłyszeć głos z Litwy. W końcowym fragmencie filmu Michnik i Konwicki wpatrują się z Pałacu Kultury w stronę litewskich kresów. Kraju dzieciństwa i kraju wartości, które pisarz zdradził. Wbrew twórcom – zakończenie stało się wieloznaczne, głębsze od literackiego pomysłu. Można by je zostawić. Poprzedzającą część filmu trzeba jednak – póki czas – nakręcić od początku. Ale niech zrobi to już inny reżyser. Ten winien robić to, do czego się nadaje, i jak najprędzej przejąć wspomniane w tytule obowiązki.
Bohdan Urbankowski
PS. Pisałem 6 kwietnia br. Od tego czasu p. Andermanowi przybyło prestiżu (został czołowym popierającym kandydata Komorowskiego), lecz przecież nie przybyło talentu.Zaktualizowane powiedzonko komendanta zyskuje tym bardziej na celności.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)