Rząd ma coraz to nowe pomysły na ratowanie budżetu- oczywiście pieniądze na to nie biorą się znikąd- państwo nie może dodrukować pieniędzy, gdyż spowodowałoby to olbrzymią inflację. Państwo jako państwo nie generuje też praktycznie żadnych dochodów. Jedynym źródłem finansowania staje się więc kieszeń podatnika. Zapłacimy wyższe podatki, pójdziemy później na emeryturę, a wszystko po to, by udźwignąć ciężary rozmaitych świadczeń socjalnych. Świadczeń pozbawionych zresztą najmniejszego sensu, o tym może jednak kiedy indziej. Wróćmy do sprawy podatków płaconych przez nas wszystkich.
Jaki podatek państwo może podwyższyć, by nie uderzyło to w najbiedniejszych ludzi? Oczywiście, zgodnie z doktryną społecznej gospodarki rynkowej, powinno się obciążyć najbogatszych obywateli. Zobaczmy jednak, jakie niesie to ze sobą efekty...
Ludzie bogaci swoją zamożność zawdzięczają zazwyczaj ciężkiej pracy i określonym umiejętnościom. Posiadający firmę, którzy teraz będą musieli zapłacić więcej na rzecz państwa, zmuszeni zostają do szukania oszczędności. Załóżmy, że w firmie pracuje jeden ekonomista, jeden prawnik i dwóch sprzątaczy. Co może zrobić pracodawca? Naturalnie nie zwolni prawnika ani ekonomisty, tylko jednego ze sprzątaczy, drugiemu zaś nakaże pracować dłużej za te same pieniądze. Tak rodzą się właśnie bezrobocie i wyzysk. W odpowiedzi na to związki zawodowe „wywalczą” podwyżkę płacy minimalnej i obowiązek zapewnienia lepszych warunków pracy. Wtedy pracodawca nie będzie miał wyboru- obetnie pensję wszystkim pracownikom do poziomu bliskiego płacy minimalnej, zwolni drugiego sprzątacza, lub nawet ogłosi upadłość firmy pozbawiając pracy łącznie 4 osoby. Warto? Raczej nie...
Drugim istotnym efektem podwyższenia podatków dla najbogatszych jest promowanie złego podejścia do kwestii pracy. Skoro można pracować za 2000 zł bez podatku bez żadnego wykształcenia, to po co tracić wiele lat na naukę i zdobywanie wiedzy, by zarabiać 5000 zł przy podatku 60%? To z kolei promuje nieróbstwo i w oczywisty sposób przyczynia się do spowolnienia rozwoju społeczeństwa.
Powyższy opis odnosi się do podatku dochodowego, jednak z każdym jest tak samo- ludzie, którzy nie mają pieniędzy na dotychczasowe wydatki, szukają oszczędności- najtrudniej jest je znaleźć najuboższym. Właśnie dlatego każdy podatek jest złem, niektóre z nich są jednak złem koniecznym- należą do nich między innymi cła i podatki od kupna oraz sprzedaży. Najgorszym natomiast pomysłem są podatki bezpośrednie, takie jak np. dochodowy, jako, że odbierają ludziom to, na czym nie są w stanie oszczędzić. Biedna osoba, by poprawić swoją sytuację finansową, może kupić mniej piłek, ołówków, lecz nie może mniej pracować. Poza tym, zabieranie ludziom tego, co sobie wypracują powinno być bezprawne i traktowane jako kradzież. Niestety, w swych programach PO, PIS, PSL, SLD, a także, choć w mniejszym stopniu, Ruch Poparcia Palikota, opowiadają się za taką formą kradzieży. Jedynym normalnym w tej kwestii ugrupowaniem jest Kongres Nowej Prawicy. Jednak jako, że ludzie wolą słuchać bajek o magicznych finansach państwa, świadczeniach społecznych (ktoś zapyta, skąd wziąć na nie pieniądze. To proste- jeśli nie zabierzemy ludziom 100 złotych, to będą je mieli. Zakładając oczywiście, że pieniądze nie zdobywają wartości poprzez sam fakt, że pochodzą z państwowego budżetu...), partii tej nie udało się nigdy zdobyć wystarczającego poparcia, by mogła coś zmienić w kwestii podatków. Mam nadzieję, że to się kiedyś zmieni.



Komentarze
Pokaż komentarze (24)