Profesor z Polski — biegły z 42-letnim stażem. To już coś, zawsze może coś zatwierdzić…
Sąd powołał biegłego profesora (przemilczę jego nazwisko), specjalistę, którego opinię od początku podważały obie strony, ale — cóż — dla sądu wystarczyło, że to profesor i już. Człowiek z tytułem profesora, wpisany na listę biegłych od 26.01.1983 r. aż do 31.12.2030 r. (zgodnie z informacją sądu), rzeczywiście ma długi staż — biegłym jest już od 42 lat, znany w sądach nawet około 200 km dalej, gdy tylko zajdzie taka potrzeba do powołana.
Jednak co naprawdę zrobił? Wystawił rachunek, w którym wykazał… przeprowadzenie wywiadu z moją matką. Tak, dokładnie — z osobą, która od lat nie żyje. Biegły w opinii napisał dosłownie:
„zbadanie sądowo-lekarskie odwołującej się i zebranie wywiadu chorobowego od jej matki — 1 godz.”
Sąd ten rachunek zatwierdził, choć wywiad z moją zmarłą matką to czysta fikcja. Co więcej, sąd w ogóle nie zlecał biegłemu przeprowadzania rozmów z matką. Mimo to sędzia Hanna Cackowska-Frank uregulowała tę należność z budżetu sądu jeszcze zanim w ogóle została wyznaczona jako referent w mojej sprawie (tak, zanim formalnie przejęła akta). Jakby wszystko było w najlepszym porządku, zgodne ze SLPS i bez cienia wątpliwości.
A ja? Ja nie jestem zadowolona z takiego sądu, który lekką ręką wypłaca publiczne pieniądze za coś, co nie istnieje. I pytam wprost: ile warta jest cała opinia tego specjalisty, skoro już sam rachunek wystawiony za jej sporządzenie — na 914,16 zł — oparto na czymś, czego nigdy nie było, i co zatwierdzono bez mrugnięcia okiem?




Komentarze
Pokaż komentarze (7)