0 obserwujących
4 notki
3106 odsłon
  472   0

Czy Paulo Sousa jest idiotą?

Od kiedy pamiętam, futbol był jedynym sportem, który wywoływał w moim rodzinnym domu jakieś emocje. Lata mojego dzieciństwa i młodości kojarzą mi się z epoką Górskiego, Gmocha i Piechniczka - czyli złotym czasem dla polskiej piłki nożnej. W wydaniu klubowym też bywało nieźle, żeby wspomnieć mecze Górnika Zabrze czy Widzewa Łódź na arenie europejskiej.

Lata późniejsze, po Mundialu w Meksyku w 1986 r. przypominają Polskę pod zaborami. Wiara była, ale nic poza tym. Nie istnieliśmy na futbolowej mapie świata, dostawaliśmy w łeb od (prawie) wszystkich. 

Nie będę się rozwodził nad epoką Odrodzenia (Beenhakker, Engel, Janas) i jako-takiej stabilizacji z efektownymi wyskokami jak Euro za Nawałki. 

Później był Brzęczek i dość siermiężny pomysł na granie, naznaczony niedostatecznym wykorzystaniem pokolenia naprawdę utalentowanych, solidnych europejskich graczy (Glik, Krychowiak, Zieliński, bramkarze) oraz niekwestionowanej gwiazdy jak Lewandowski.

Sympatycznemu coachowi z diastemą podziękowano zbyt późno.

Boniek wybral magika z Portugalii, który do każdego trenowanego przezeń zespołu wnosił powiew świeżości i pomysły na nowoczesny futbol.

Tak było i u nas. Paulo „orator” Sousa czarował na konferencjach prasowych, opowiadał na pomysły na poprawę naszego siermiężnego stylu grania. W teorii, na papierze wyglądało to dobrze.

Ale jak szczytem moich umiejętności kulinarnych jest ugotowanie jajka na twardo, to nie biorę się za Croquembouche. 

Fani kopanej znają nieudane eksperymenty Sousy. Pierwszym było nieustanne rotowanie składem, drugim - poważnym wystawienie Helika zamiast Glika w meczu z Węgrami, następnie taktyka wyjścia jednym napastnikiem na Słowację podczas Euro. Ostatnim, najbardziej kosztownym, był eksperyment w dwumeczu z Andorą i Węgrami.

Na słabiutką Andorę Sousa wystawił pierwszy garnitur, na Węgry, w świątyni polskiego futbolu na zakończenie eliminacji, w meczu o bycie rozstawionym w play-offach, wróciły stare demony. Portugalczyk zestawił eksperymentalny skład, kompletnie lekceważąc Węgrów, walkę o rozstawienie w barażach, a co najgorsze - polskich Kibiców. Szczerze? Jak dla mnie splunął nam w twarz. I nie przyjmuję do wiadomości słodkiego pierdzenia, że musimy się nauczyć grać bez Lewandowskiego, bo czas na naukę grania bez niego był z San Marino i Andorą, czyli kelnerami europejskiego futbolu.

Teraz zostaje nam wiara w szczęśliwe wyniki w innych dzisiejszych spotkaniach, wiara w szczęśliwe losowanie, a obawiam się, że wiosną 2022 zostanie nam wiara w nieskuteczność rywali i geniusz Lewego.

Na trenera Sousę specjalnie nie liczę. 

I mam nadzieję, że to był jego ostatni wybryk, który przejdziemy w miarę suchą stopą.

No, chyba, że Paulo jest sabotażystą. 

Lub idiotą. 

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport