W poprzedniej notce starałem się przekonać o erozji logiki politycznej opartej na konflikcie rozbudowanych wokół symboli emocji. Logiki, która prowadziła do konstatacji takich jak tytułowa ale również takich jak łatka ciemnogrodu czy zbyt łatwe oskarżenia o antysemityzm.
Mam wrażenie, że chwilowy wzrost owych emocji związany z burzliwym czasem afery Rywina był jednak tylko pewnym zakłóceniem ogólnej tendencji prowadzącej do redukcji poziomu emocji w stosunkach pomiędzy obywatelem a reprezentującym go politykiem. Taka redukcja wydaje mi się o tyle słuszna i właściwa, jako że nie potrzebuje założenia czystych intencji reprezentanta. Brzmi to brutalnie ale jak często zdarza się rozczarowanie politykiem, który wydawał nam się mężem stanu a okazał się cynicznym egoistą? Prawie zawsze z nielicznymi wyjątkami. Rzecz nie w tym żeby obdarzać polityka irracjonalną wiarą i zaufaniem ale kalkulować prawdopodobieństwo realizacji przez niego celów które uważamy za istotne.
W tym sensie logika wyborów 2005 roku wydaje mi się nawiązywać do tezy o chwilowym wzroście emocji właściwym sytuacjom pararewolucyjnym (jak po aferze Rywina) czy rewolucyjnym (jak podczas pomarańczowej rewolucji) a logika wyborów 2007 roku nawiązuje z kolei do tezy o powrocie do ogólnej tezy spadku poziomu emocji.
W przekonaniu o wyższości chłodnej kalkulacji nad emocją w politycznych wyborach sam nie jestem konsekwentny o tyle, że w dyskusji o aksjomacie życia chociażby rzadko zdarza mi się na chłodno kalkulować. Tłumaczę to sobie jednak zasadą potwierdzania reguły przez wyjątek:)
Po co to napisałem? Właściwie przede wszystkim po to żeby prosić moich propisowskich komentatorów o nieprzypisywanie mi własnych, równoległych do swoich emocji. W politycznych wyborach bardzo rzadko się nimi kieruję a osobisty urok dowolnej proweniencji każdego z możliwych wodzów mam w głębokim poważaniu:)

Inne tematy w dziale Polityka