Kiedy miałem 15 lat chciałem być Gondorczykiem. Walczyć z orkami u boku wiernych Jeźdźców Rohanu i nie uznawać zgniłych kompromisów. Chciałem mieć miecz, tarczę i jasny cel.
Im byłem starszy tym w większym stopniu docierało do mnie, że mam już swoją tożsamość i nie potrzebuję gondorskiej, jestem Polakiem. Wprawdzie w Polsce nie ma Białej Wieży, nie żyje legenda Numenoru...wprawdzie Polska nie odzyskała niepodległości dzięki pobiciu armii Saurona a na zasadzie mniej czy bardziej zgniłego kompromisu ale jednak jest to moja Ojczyzna i takiej winny jestem szacunek nie mniejszy niż wydawało mi sie że jestem Gondorowi. Co więcej, nabrałem wiary, że ów zgniły kompromis okazał się skuteczniejszym narzędziem walki o niepodległość niż równie niezliczone co krwawe i nieskuteczne narodowe powstania.
Anna Walentynowicz dla "Dziennika":
"...W notce SB na mój temat znajduje się taka oto charakterystyka: <bezkompromisowa...uważa że rozmowa z rządem może prowadzona tylko z pozycji siły> Nie uznaję skłamanych kompromisów. Dlatego dla mnie PRL trwa. III Rzeczpospolita nie powstała, nie nadeszła ta Polska o jakiej marzylismy, zmieniła się tylko nazwa państwa..."
I kiedy tak sobie patrzę na moją dzisiejszą Polskę i czuję się zobowiązany najpierw do szacunku do tego, że mogę głosować w wolnych wyborach, że orłu została zwrócona korona i że dowódcą Wojska Polskiego nie jest Rosjanin ani rosysjki sługus a później dopiero do refleksji nad tym co szwankuje, to jest mi Pani Anny Walentynowicz żal bo wiem, że swojego Gondoru nie doczeka.
Staram się z wielkim szacunkiem pochylic nad jej zgorzknieniem. Ma do niego prawo ponieważ jak z wielu innymi historia nie obeszła się z tą dzielną kobietą sprawiedliwie.
Co nie znaczy, że ma rację...

Inne tematy w dziale Polityka