Jeśli już przyjmiemy do wiadomości, że lotnicy wojskowi to osoby o bardzo słabej konstrukcji psychicznej, które nawet obecność sympatycznego przełożonego doprowadzić może do decyzji o samobójstwie, bez patrzenia nawet na to, ile ofiar pociągną za sobą - pomyślmy, czy potrzebna była presja werbalna? Może wystarczającym stresem był fakt, że na pokładzie znajdują się najważniejsze osoby w państwie? Może warto iść tym tropem, telewizyjni eksperci? Myślę, że znalazłoby się kilku "fachowców od lotnictwa" z gatunku "ja wam wszystko zaśpiewam", którzy wykażą nam, że sama obecność prezydenta na pokładzie była czynnikiem uniemożliwiającym utrzymanie stanu psychicznego komfortu załogi.
Co ciekawe, władze zdają się wierzyć we własną narrację, w związku z czym spokojnie przyjmują do wiadomości fakt przybierających rozmiar masowy rezygnacji ze służby wojskowych pilotów, nie tylko zresztą pilotów - zdaje się, że prawie cała armia wybiera się do cywila. Ekonomicznie i politycznie to zresztą uzasadnione, skoro jesteśmy wśród przyjaciół. Lepiej mundurowych już dziś rozpuścić do domów, zanim kolejni zdecydują się na popełnienie samobójstwa, gdy znajdą się w jednym pomieszczeniu z przełożonym i nie wytrzymają presji.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)