Jaruzelski dla tamtych wydarzeń był postacią kluczową, pozostaje w związku z nią na ławie oskarżonych w będącym sadową tragifarsą procesie, a w filmie - jeśli opierać się na relacji ~sigmy po prostu go nie ma. Ciekawe, czy wkrótce i stan wojenny będziemy wspominać w podobny sposób? Dziś jeszcze brzmi to abstrakcyjnie, jednak czy nie jest taką samą abstrakcją pominięcie w filmie "Czarny czwartek" osoby, która według naszej dzisiejszej wiedzy była głównym odpowiedzialnym tamtej zbrodni (co dobitnie pokazał film "Towarzysz Generał" Grzegorza Brauna). Tutaj nie da się wcisnąć społeczeństwu kitu, że gdyby Jaruzelski nie kazał strzelać do robotników, nie usunięto by Gomułki i wtedy weszliby Sowieci. Więc lepiej udawać, że późniejszego dyktatora po prostu wtedy nie było wśród osób, mających cokolwiek do powiedzenia.
Czy warto było iść na to ustępstwo, by pokazać tragedię 1970 roku w sposób, oprócz tego jednego faktu, w sposób przejmujący i wierny? Zapewne tak, zwłaszcza, że gdy stan wojenny staje się pomału abstrakcją, tym bardziej są nią wcześniejsze dramatyczne momenty historii PRL. Niemniej do nas należy dopowiedzenie na głos tego, czego autorzy filmu powiedzieć nie chcieli lub nie mogli.




Komentarze
Pokaż komentarze (22)