Uważam (jak i wielu innych ludzi), że największą zaletą książek Grossa jest to, że 'wywołały temat'. Trudny i drażliwy (jak się okazuje), ale jakże potrzebny. A potrzebny z bardzo wielu względów, np. żeby móc się przekonać co dla niektórych ludzi znaczy 'duma Polaka'; że może być pojmowana w tak 'specyficzny' sposób, iż nie dopuszcza sytuacji, że Polak może się zachować jak świnia. A może więcej niż jeden Polak? A może dużo więcej niż jeden? Bez sensu pojmowana 'duma' i definiowany patriotyzm. Ale nie chcę tu dyskutowac tych kwestii.
Czytając książki Grossa wróciło do mnie inne pytanie, które pojawiało się już w czasie oglądania poprawnych politycznie filmów wojennych robionych w czasach PRL-u: czy w każdym miejscu w Polsce, w czasie okupacji, stacjonował posterunek niemiecki, który stanowił zagrożenia dla tych, którzy chcieli pomagać i ukrywać Żydów? Innymi słowy - czy w każdym miejscu w Polsce ukrywający się człowiek był cały czas narażony na zdemaskowanie przez obecnych tam Niemców/okupantów? Kogo najbardziej bali się ci Polacy, którzy decydowali się na pomoc Żydom - Niemców czy sąsiadów? Bo to sąsiedzi wiedzieli i widzieli wszystko. Czy gdyby nie było tak wysokiego ryzyka związanego z sąsiedzką denuncjacją, pomoc miałaby dużo szerszy zasięg? Kto był wtedy sąsiadem? Zawsze Niemcy?
Tego typu obawy nie były związane wyłącznie z ukrywaniem Żydów. Były też związane z działalnością podziemną, konspiracją. Czy w czasach nowszych, czasach Stanu Wojennego, było inaczej?
Ilu sąsiadów było wówczas 'dobrymi obywatelami'?
Nie wnikam tu w powody, bo te mogą być różne, ale pytam o rzeczywistą sytuację. Każdy system totalitarny, a takim jest okupacja, opiera się na 'dobrych sąsiadach' i informacjach od nich. Żaden taki system nie mógłby bez tego istnieć.
rjl


Komentarze
Pokaż komentarze (8)