Kultura romantyczna
"To see a world in a grain of sand/ And a heaven in a wild flower". -- William Blake
11 obserwujących
37 notek
43k odsłony
  132   1

Inspiracje Jungowskie: męskość i kobiecość, czyli o feminizmie i anty-feminizmie

Jako się rzekło już tutaj wcześniej, myśl Junga ma pewne wady (z których największą jest nieumiejętność wyjścia poza sceptycyzm i idealizm proweniencji Kantowskiej) -- niemniej jednak tym, co zasadniczo w niej przeważa, są niezaprzeczalne zalety. Jedną z największych tych-że zalet jest podejście, jakie przejawiał Jung do kwestii męskości, kobiecości i stosunku między płciami.

    Czym się ono charakteryzowało? Najkrócej mówiąc: oparciem na prościutkiej i genialnej w swej prostocie obserwacji, że:

a. po pierwsze, męskość i kobiecość realnie się od siebie różnią, także pod względem psychologicznym; istnieje coś takiego jak psychologiczne cechy typowo męskie i typowo kobiece, umysł męski i umysł niewieści. I tutaj był Jung zasadniczo tradycjonalistą: cechy męskie to cechy rozumne (myślenie i obserwacja) i aktywne (ekstrawersja), cechy kobiece zaś, to cechy uczuciowe (wartościowanie i intuicja) i pasywno-receptywne (introwersja). Prawdziwość tych założeń potwierdza (wg Carla Gustava) wszystko, od przekazu kulturowego po doświadczenie -- codzienne i kliniczne. NATOMIAST, powiedziawszy to, należy pamiętać, że:

b. różnice te, to nie kwestia jakości, ale raczej ilości, to znaczy: PROPORCJI między określonymi cechami, a nie tego, czy się je ma, czy nie. Cechy męskie są męskie, ponieważ statystycznie DOMINUJĄ u mężczyzny -- i odwrotnie: cechy kobiece DOMINUJĄ u kobiet. Nie oznacza to jednak, iż mężczyźni cech kobiecych nie mają, albo że kobiety nie mają nic z mężczyzny, bo każdy człowiek z natury swojej dysponuje wszystkimi władzami poznawczymi i jest zdolny zarówno do ekstrawersji, jak i introwersji. Rozchodzi się tylko o to, co naturalnie, spontanicznie, bardziej świadomie rozwija.

    Przeświadczenie, że cechy męskie są "tylko-męskie", a cechy kobiece "tylko-kobiece", wynika z europejskiej formacji kulturowej, która -- będąc "egocentryczną" -- prowadziła, i przecież wciąż jeszcze prowadzi, to kultywacji wyłącznie cech dominujących, uświadomionych, natomiast do zaniedbania cech drugorzędnych i nie w pełni uświadomionych. Na pewnym etapie rozwoju kulturowego było to zupełnie uzasadnione, ponieważ człowiek, aby opanować chaos rzeczywistości i zapewnić ciągłość gatunku, potrzebował jasnej tożsamości, jednak na dłuższą metę, jest także aktem redukcjonistycznym i mogącym prowadzić do nerwic i nieporozumień między płciami. Nieświadomość, choć wyparta, zawsze się jakoś ujawnia, szczególnie w projekcjach -- i tak też, zauważa Jung, powszechną przypadłość ludzi wychowanych w kulturze zachodu stanowi właśnie projektowanie tych wypartych cech psychologicznych na płeć przeciwną. W efekcie, kobieta staje się dla mężczyzny zasadniczo swoistym "uzupełnieniem" tego, co do czego czuje on, że mu tego brakuje (zwróćmy uwagę: czyż nie o to chodzi w wyrażeniu "druga połowa"?) -- no i na odwrót, mężczyzna staje się kimś takim dla kobiety (fachowo mówilibyśmy o projekcji animy i animusa, ale to technikalia, w które nie ma sensu wchodzić). W oczywisty sposób, podobne projekcje uniemożliwiają pełny kontakt z rzeczywistością i budowę solidnych, realnych relacji z innymi. Jako remedium proponuje Jung zatem następujący cykl: uświadomienie ich sobie, przepracowanie -- i taką modyfikację kultury i sposobu bycia (a także wychowania), aby ujmował on i dowartościowywał także nieuświadomione, drugorzędne cechy naszej osobowości i w ten sposób pozwolił nam (zgodnie z ideałem wyznaczanym przez archetyp Jaźni) osiągnąć, przynajmniej na ile to możliwe, psychologiczną pełnię, czy też -- jak w tym kontekście się Jung wyraża -- "względną androgeniczność".

    Przy czym należy pamiętać o tym, że dowartościowanie cech drugorzędnych nie oznacza ich przewartościowania. Jak wyraża się Jung, bardzo jednoznacznie (bodaj w "Przełomie cywilizacji"): "Mężczyzna powinien być mężczyzną, a kobieta -- kobietą". Nie chodzi zatem o walkę z naturą i znoszenie istniejących w niej różnic, ale takie się z nimi obchodzenie, które oddałoby możliwie jak największą sprawiedliwość owej skomplikowanej i w istocie swojej niezgłębionej rzeczywistości, jaką jest pojedynczy człowiek (bo nigdy nie należy zapominać, a u Junga widać świadomość tego faktu bardzo wyraźnie, że wszelka teoria jest ledwie pewnym pragmatycznym uproszczeniem, pomocą -- owszem, realną pomocą -- ale jednak tylko właśnie pomocą w relacjach z empirią i dlatego NIGDY nie odpowiada jej jeden do jednego). To tyle na temat ogólnego stosunku do płci u Carla Gustava Junga.

    Podejście to, mnie osobiście przynajmniej wydaje się niezwykle mądre -- z kilku powodów (dość powiedzieć, że książki Junga bardzo pomogły mi w moich osobistych zmaganiach uczuciowo-afektywnych), ale przede wszystkim dlatego, że wydaje się ono osiągać ów "złoty środek", idealną równowagę między dwiema wykluczającymi się skrajnościami: nowoczesnego feminizmu z jednej -- i tradycjonalistycznego anty-feminizmu z drugiej strony. Spór o rolę kobiety we współczesnym społeczeństwie był jedną z tych kwestii, które uświadomiły mi, że w większości konfliktów rację mają obydwie strony -- a właściwie nie ma jej żadna z nich, bo racja częściowa, to jednak nie racja sensu stricto. Z jednej perspektywy nie da się ukryć, że kultura europejska obchodziła się z płcią niewieścią w sposób nieraz totalnie okropny -- co miało wiele przyczyn, z których bynajmniej nie najmniejszą pozostaje fakt, że przez całe wieki nadzór nad nią sprawowali celibatariusze i ich dziwaczne fobie (piękną analizę tego dał na gruncie katolickim Gary Willis, który to tekst przełożyłem i do którego odsyłam tutaj: https://magazynkontakt.pl/kobiety-wykluczone). Z drugiej wszakże -- trudno zaprzeczyć, że przynajmniej w swoich tworach najszlachetniejszych i najbardziej ludzkich, osiągnęła w rozumieniu stosunków międzypłciowych rzadkie piękno i szlachetność, jakich nie spotykamy właściwie nigdzie indziej. Chcąc rozmawiać o problemie w sposób rozumny, dobrze byłoby "o jednym pamiętać, drugiego nie zaniedbywać" -- co się właśnie właściwie nigdy nie dzieje. Prawica skupia się wyłącznie na pozytywach, negując istnienie niezaprzeczalnych niesprawiedliwości. Lewica -- patrzy TYLKO na niesprawiedliwości, nie biorąc pod uwagę owocności rozwoju kulturowego i jego niezaprzeczalnych osiągnięć. Ani jedno, ani drugie podejście nie jest zatem wystarczające, ani satysfakcjonujące -- paradoksalnie dlatego, że obydwa zasadzają się na tym samym fundamencie, jakim jest gwałt na naturze. Tradycyjny antyfeminizm zmienia kobietę w niedorozwiniętą część męskiej psychiki -- feminizm usiłuje zamienić ją w pseudo-mężczyznę (to jest w ogóle charakterystyczny paradoks myśli feministycznej, ale nie mamy czasu się nim teraz zajmować). Jung, choć sam miał w tej kwestii nieco za uszami, starał się przynajmniej postępować inaczej, jak zawsze zresztą: najpierw obserwować, a potem teoretyzować. Dlatego też sądzę, że jego poglądy na temat tego problemu, nawet jeśli ktoś nie zgadzałby się z nimi w stu procentach, stanowiłyby bardzo istotny i twórczy wkład we współczesną debatę publiczną i bardzo by się nam przydały.

    Niestety, szanse na to, że się w niej w ogóle pojawią, oceniam na zupełnie znikome. Polacy, a szczególnie nasze tak zwane "elity" (co to te ich magistry lepsze od mojego doktoratu), nie przepadają za wyważeniem i dobrze pojętym empiryzmem, zdecydowanie bardziej wolą dogmatyzm, łopatologię i ideologiczną na***dalankę, której oddają się z lubością w przeświadczeniu, że osiągnęli szczyty rozumności i "tworzą/ratują kulturę". We własnym przekonaniu są inteligentni do tego stopnia, że nie stać ich zwyczajnie na krytyczną samoocenę i na przyznanie drugiej stronie chociażby strzępu racji -- każdego zaś, kto przynajmniej próbuje, obśmiewają jako oszołoma i odmawiają mu prawa do racjonalności, o czym sam mogłem się kilkakrotnie przynajmniej przekonać. Efekty tego jakie są, każdy widzi, i nie ma sensu o nich mówić -- w każdym razie gdyby jednak ktoś wolał inaczej, i gdyby faktycznie interesowało go raczej to, aby o problemach myśleć, niż o nich wrzeszczeć, to ma sympatyczny kierunek badań, do pójścia którym gorąco zachęcam.

    Może coś jednak z tej naszej cywilizacji jeszcze kiedyś będzie.

    Na koniec dodajmy, że jedną z najlepszych inspiracji do przemyślenia poruszonej tutaj problematyki znajdujemy w literaturze romantycznej, która jako chyba w zasadzie pierwsza w historii naszego kontynentu -- i przy wszystkich swoich wadach -- zrobiła przynajmniej tyle, że zaczęła męską animę traktować, na stary "pogański" sposób, jako coś wyższego, a nie niższego, od jego cech świadomych, czym "siłą rozpędu" przyczyniła się do dowartościowania także kobiecości realnej. Że również dorobiła przy tym kobietom pewną "gębę", to inna sprawa, no ale jednak zauważmy, że problem kultury i gęby jest szerszy, i nie ogranicza się bynajmniej tylko do kobiet, ale do wszystkich w ogóle -- co i też można brać z pewnym poczuciem humoru; w każdym razie to właśnie stanowi przyczynę, dla której ten wpis pojawił się także i na tym blogu.

Maciej Sobiech

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura