Kultura romantyczna
"To see a world in a grain of sand/ And a heaven in a wild flower". -- William Blake
11 obserwujących
34 notki
42k odsłony
  525   0

Inspiracje Jungowskie: mit konsekwencji

Dzisiaj jeszcze troszkę o Jungu, bo tak.

    Jedną z bardziej sympatycznych cech psychologii Junga jest to, co możemy nazwać uznaniem naturalnej niekonsekwencji rozwoju psychicznego (w istocie, jest to ledwie niekonsekwencja pozorna, ale o tym później).

    Niekonsekwencja nie jest w naszej kulturze postrzegana dobrze. "Niekonsekwentny" -- to zarzut, nie tylko jeśli chodzi o pracę naukową (na przykład), ale także sprawy osobiste. "Zdrajców", ludzi, którzy zmienili zdanie (np. przekwalifikowali się z lewicy na prawicę albo odwrotnie, już nie wspominając o sprawach teologicznych) traktuje się z nieufnością i wytyka się im ich "wolty" niemal do końca życia. Ze zmianą, uważa się (mimo wszystkich pozorów), przynajmniej od pewnego etapu, odkąd człowiek "dojrzeje", jest coś nie tak; świadczy ona o słabości charakteru.

    Jung, jak powiadam, przeciwstawiał się tej idei całe swoje życie -- no bo przecież nie jest tajemnicą, że życiem owym praktycznie jej zaprzeczył. Jako zdolny freudysta, chyba zresztą najzdolniejszy, i najbliższy uczeń mistrza, zdecydował się nagle porzucić swoje dotychczasowe życie i, ryzykując kompletną marginalizacją i wyrzuceniem poza nawias "poważnych" naukowców, poszedł własną drogą, kompletnie inną od tej Freuda. Egzaltacja konsekwencji, uważał, jest efektem egzaltacji świadomości, a właściwie egzaltacji ego, charakterystycznej dla zachodu. Człowiek ma przede wszystkim wytworzyć sobie stabilną osobowość, zgodną, przynajmniej w swoich zasadniczych cechach, z oczekiwaniami społecznymi. Jego rozwój zatem, ma charakter linearny, jest drogą od punktu A do punktu B. Po osiągnięciu punktu B (człowiek staje się "mężczyzną", "kobietą", "obywatelem" itd., o poglądach i zadaniach typu X,Y,Z, w każdym razie: znajduje sobie miejsce w układance życia zbiorowego) tym, co zostaje, jest trwać na posterunku, no bo przecież wszelkie odchylenie od normy stanowi patologię. Według Junga, takie postawienie sprawy jest skrajnie fałszywe, samo zaś życie ludzkie dzieli się, w sensie najbardziej fundamentalnym, na dwie połowy, które różnią się od siebie w sposób radykalny (pierwsza, mniej-więcej do czterdziestego roku życia, jest właśnie fazą konsolidacji ego, fazą przystosowania się do społeczeństwa -- druga wszakże, jest fazą metafizyczną, której główny motor stanowi konfrontacja z perspektywą śmierci), przejście zaś od jednej do drugiej zawsze dokonuje się na drodze kryzysu, kończy się kompletnym niemal rozkładem tego, co zbudowało się w fazie pierwszej. Czyli, krótko mówiąc, możemy powiedzieć, że człowiek jest bytem niekonsekwentnym par excellence, który tworzy pewne rzeczy tylko po to, aby potem je porzucić i zająć się czym innym. Do tego należy dodać, że oprócz tego wielkiego kryzysu, zdarzają się w życiu także kryzysy małe, z których wszystkie maja charakter analogiczny.

    Podejście to bierze swój początek z, rzecz jasna, dostrzeżenia roli umysłu nieświadomego. Świadomość nie stanowi większej części ludzkiej psychiki, ba! -- jest niczym owa symboliczna łódeczka miotana falami groźnego i mrocznego oceanu. Ona się wyłania z nieświadomego podkładu -- no i bardzo dobrze, tym niemniej, aby zdrowo funkcjonować, musi pozostawać z nim w stałym kontakcie i poddawać się jego inspiracjom. Ponieważ zaś nieświadomość jest, jaka jest (czyli właśnie, no... nieświadoma...), nigdy do końca nie możemy przewidzieć ścieżek jej rozwoju. Pokazują się one czasem, acz nadal pod zasłoną: w powtarzających się snach, wizjach*, nagłych olśnieniach, za pośrednictwem metod dywinacji, takich jak tarot czy ulubiony przez Junga I-Cing (dywinację trzeźwo nazywał on "psychologią przednowoczesną"), niemniej jednak ostatecznie "Duch tchnie, kędy chce, a szum jego słyszysz, i nie wiesz, dokąd idzie i skąd przychodzi". Człowiek swoją ścieżkę MA raczej, niż ją tworzy. Naszym zadaniem jest nie tyle wymanufakturować sobie życie idealne (i jakżeż-em biedny, że zrozumiałem tę kwestię tak późno!), ale ZNALEŹĆ to, do czego -- co należy dobrze rozumieć -- istotnie, jest przeznaczony. Ponieważ zaś obracamy się w kręgu spraw, o których niewiele wiemy, to zawsze tego typu zmiany przynajmniej wydają się niekonsekwentne z zewnątrz. one mają swoją ukrytą, głębszą konsekwencję, ale tę widać dopiero po jakimś czasie. nie dziw, że jej manifestacje powodują zamęt w psychice "silnych i rozsądnych".

    Skutki przyjęcia tej zasady sięgały u Junga bardzo daleko, nieraz przybierając formy kontrowersyjne, jak np. w tym wypadku, w którym stwierdza tajemniczo (w "Aionie"?), że kryzys drugiej połowy życia często objawia się tym, że "ludzi nagle nachodzą myśli, by zrobić różne rzeczy, które określa się w naszym społeczeństwie jako 'złe'" (oczywiście chodzi tu o "zło" w pewnych granicach, przecież nie o zachowania skrajnie patologiczne czy niebezpieczne). I potem dodaje: "Cóż, z mojej praktyki wynika, że poddanie się tym impulsom ostatecznie obraca się na korzyść wszystkich". Chodzi więc nawet o sferę moralną. Natomiast nie tylko -- bo także o sferę profesjonalną, naukową (sam Jung przecież otwarcie podważał obiektywną wartość swoich wniosków z "Symboli przemiany", uważając, że to dzieło mówiło więcej O NIM, niż o badanej pacjentce), wreszcie nawet językowo-logiczną, ponieważ często pozorne niekonsekwencje wskazują na przebijanie się jakichś głębszych treści, dla których przypadkowo nie znajduje się artykulacji, w każdym razie: w każdym momencie i w każdej dziedzinie swojego życia ma człowiek prawo do zmian, wolt, wist, nagłych zawirowań i tego typu rzeczy -- oto podstawowa Jungowska zasada etyczna.

Lubię to! Skomentuj41 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura