Zapiski zagubionego
"To see a world in a grain of sand/ And a heaven in a wild flower". -- William Blake
16 obserwujących
70 notek
54k odsłony
  621   0

Wielki mały człowiek, czyli znad „Wyznań” Jana Jakuba Rousseau

Od dłuższego czasu niczego tutaj nie napisałem – no bo, tak szczerze powiedziawszy, mi się nie chciało (a jest to wyznanie egzystencjalne, co rozumie każdy, kto ma rozum ku rozumieniu). Natomiast, szkoda porzucać rozpoczętą robotę. Dlatego też dzisiaj krótkie refleksje na ponowny rozruch – no i do tego z wielkim przytupem, bo oto rozpoczynamy od kolejnych już refleksji o jednym z najważniejszych patronów „Kultury romantycznej”, Janie Jakubie Rousseau.

Z wakacyjnej bowiem nudy, po raz kolejny sięgnąłem do najsłynniejszego bodaj jego dzieła, „Wyznań”, w świetnym tłumaczeniu niezawodnego Boya. I, jak zwykle, po raz kolejny uderzył mnie ów niesłychany zupełnie paradoks, jaki łączy się kwintesencjalnie z tym myślicielem.

Najlepiej chyba oddał go sam Boy, cytując we wstępie do tego dzieła sławne słowa Lemaitre’a: „Osobliwe zjawisko! Jedyne wprost w naszej literaturze, a nawet, jak sądzę, we wszystkich literaturach świata. Ten włóczęga, próżniak, samouk, który po trzydziestu latach majaczenia na jawie wpada jednego dnia w najświetniejsze społeczeństwo Paryża XVIII stulecia i sprawia w nim wrażenie Hurona, ale Hurona prawdziwego i brzemienniejszego w konsekwencje niż ów Wolterowski; występuje pierwszy raz jako autor, mając pod czterdziestkę; pisze, w ciągu dziesięciu lat i wśród cierpień fizycznych prawie nieustannych, trzy czy cztery książki — ani zbyt tęgie, ani zbyt bogate w myśli, ale przynoszące z sobą nowy sposób czucia i jakby jakiś dreszcz dotychczas nieznany; który później zanurza się w powolne szaleństwo — i który, dzięki tym kilku książkom, mocen jest przekształcić po śmierci literaturę, historię i zmienić koryto całego życia narodu, do którego sam nie należał — cóż za niesłychane wydarzenie!”

Taki właśnie był Jan Jakub Rousseau. Obraz człowieka, jaki wynurza się z „Wyznań”, jest, z jednej strony, naprawdę (jak to się mówi) „nieciekawy” (acz jakże ciekawy!): egotyk, gaduła (z ewidentnym odchyleniem narcystycznym) robiący wokół siebie mnóstwo szumu, do tego niemały samolub (choć to akurat łączyło się u niego dziwnie z najdalej czasem idącymi porywami altruizmu) i człowiek, mimo wszelkich wysiłków i mizantropii, po prostu dość próżny, łasy na sławę i miłe słowa, a do tego jako autor, faktycznie, raczej przeciętny – nie pod względem stylu, którego, co potwierdzają wszyscy rzeczywiście znający muzykę języka francuskiego, był mistrzem, ale jeśli chodzi o treść: dość banalną, czasem wprost nudną, pełną dziwacznych przesad i truizmów, wygłaszanych z namaszczeniem proroka.

A jednak, ten właśnie pisarz, rzeczywiście zdołał, jak żaden chyba inny, zmienić cywilizację Europy. Wymieńmy tutaj, dla porządku, najważniejsze elementy wpływu, jaki wywarł na naszą umysłowość zbiorową, według bardzo poważnych badaczy, Jan Jakub Rousseau:

1. Po pierwsze zatem, zmienił on rozumienie miłości, a – co za tym idzie – małżeństwa. „Miłość romantyczna”, obecnie stanowiąca oczywistość, do jego czasów, a właściwie do jego (i znów!) kiczowatej i nudnej „Nowej Heloizy”, właściwie nie istniała, a jeśli, to stanowiła zupełny margines kultury. Rousseau to zmienił i jak pierwszy połączył związek formalny z kwestią indywidualnych uczuć.

2. Tym samym, dodajmy, dowartościował jednostkę w ogóle, dając wielki impuls do afirmacji jej prawa do decydowania o sobie.

3. Swoim „Emilem” zhumanizował wychowanie dzieci i przyczynił się niemało do zakazania kar cielesnych, a także do ogólnej zmiany charakteru edukacji na bardziej indywidualistyczny.

4. Oczywiście: swoją „Umową społeczną” de facto stworzył nowoczesny demokratyzm i republikanizm z ideą wolności i równości wszystkich obywateli.

5. Afirmując kultury lokalne (np. niedokończony „Projekt konstytucji dla Korsyki”) przeciw imperialnym, dał impuls do stworzenia pierwotnej formy myśli narodowej, a także – folklorystyki.

6. Spekulacjami na temat pochodzenia człowieka („Traktat o pochodzeniu nierówności”) otworzył drzwi ewolucyjnej biologii (SIC!). Jak pisał (co oddaję, streszczając jego kunsztowne wywody) Robert Wokler: bez Rousseau, nie byłoby Darwina.

7. Dowartościowując dziką przyrodę, dokonał rewolucji w sztuce, która skrystalizowała się ostatecznie w ruchu romantycznym – no, nie wspominając, że dzięki temu stał się również prekursorem wszelkiej maści ruchów „zielonych”, proekologicznych, co też łączy się z punktem kolejnym, mianowicie:

8. Dzięki swoim rozważaniom ekologicznym i ekonomicznym, zbudował podstawy nowego myślenia o gospodarowaniu bogactwem i zasobami naturalnymi, będącego w kontrze do prymitywnego kapitalizmu XIX stulecia.

9. I tak dalej (to jest wybór krótki i dość arbitralny, można by go powiększać).

Słowem: nie ma takiej dziedziny życia, w której nie zaszłyby jakieś zmiany, inspirowane myślą Jana Jakuba Rousseau. Tym jednak, co mnie najbardziej podoba się w nim jako myślicielu i co ja przynajmniej uważam za jego największą zasługę, jest nie tyle treść jego filozofii, co jej metoda, tak inspirująca dla współczesnej psychologii nieświadomości (tak, tak – Freud, Jung, to też dłużnicy Rousseau), którą można nazwać radykalnym empiryzmem, a która najdojrzalszy wyraz znajduje właśnie w „Wyznaniach”. Bo i taki jest przecież cel tej książki: opisać człowieka w całej nagości jego natury i dziejów – nie oceniać, ale właśnie opisać, ZBADAĆ; i dopiero na tej podstawie formułować wnioski. Niby to proste, ale ot – bardzo często takie proste myśli bywają najtrudniejsze. Prawda jest bowiem taka, że podobnie radykalnych i konsekwentnych empiryków było w historii filozofii niewielu – bardzo niewielu, na pewno w ramach myśli zachodniej. Dzieje naszej kultury to właściwie dzieje procesów dedukcji – bardzo kunsztownej nieraz, prawda, i znacznie bardziej eleganckiej, niż egzaltowane pienia biednego Jana Jakuba, ale, w gruncie rzeczy, pustej i opartej na totalnie arbitralnych fundamentach, które można przyjmować – no, albo i nie przyjmować, w zależności od punktu widzenia, względnie: siedzenia. U Rousseau tego nie ma. I dlatego też, przy wszystkich swoich wadach, najbardziej zbliża się on z myślicieli zachodnich do owego źródła prawdziwej mądrości, którą jest właśnie umiejętność uważnego obserwowania świata, i której tak wielkie ślady odnajdujemy w najbardziej wewnętrznych głębiach duchowości wschodu.

Ale skoro tak, to czy można powiedzieć, że Rousseau nie popełnił błędów? Oczywiście, że popełnił. Podobnie jak treść jego książek, tak i jego myśl jest pełna luk. Ale głównie dlatego, że – będąc tylko człowiekiem – nie trzymał się bynajmniej konsekwentnie swej naczelnej zasady. Szczególnie wyraźnie widać to w jego filozofii politycznej. Tam również, oprócz genialnej, anarchistycznej hermeneutyki podejrzeń wobec państw i zewnętrznego autorytetu, wprost roi się czasem od abstrakcyjnych aprioryzmów, mających usprawiedliwiać – jednak, mimo wszystko – istnienie aparatu władzy; i mimo wszystkich wysiłków ludzi naprawdę niekiedy genialnych, nie da się ukryć, że wola powszechna, swoiście rozumiany „naród”, „arystokracja wybieralna” i inne tego typu wynalazki, to po prostu pojęcia bez treści, czy może raczej: bez realnego przedmiotu – pewne dedukcje właśnie, tworzone celem podtrzymania intelektualnego „systemu”. Tym niemniej, te – skądinąd niemałe – wady nie mogą przesłonić wielkości zasady ogólnej. I jeśli możemy coś zarzucić Rousseau, to tylko to, iż nie był w dostatecznym stopniu sobą – z którym to twierdzeniem z pewnością sam Jan Jakub by się zgodził, głębiej niż my potrafiąc wyjaśnić przyczyny tego stanu rzeczy; ów wielki mały człowiek – wielki właśnie dlatego, że nie bał się rzucić światu w twarz swojej małości.

Krótko mówiąc: choć bywają lepsze rzeczy do czytania, Rousseau czytać po prostu trzeba – czasem nawet bardziej, niż owe lepsze rzeczy – szczególnie tutaj, w warunkach kultury romantycznej, której naczelnym zadaniem jest zawsze poszukiwanie tego, co naprawdę ludzkie.

Maciej Sobiech

Lubię to! Skomentuj9 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura