Zapiski zagubionego
"To see a world in a grain of sand/ And a heaven in a wild flower". -- William Blake
16 obserwujących
70 notek
54k odsłony
  114   0

Krótka refleksja rewolucyjno-społeczna

Piotr
Piotr

Ponieważ kanał literacki się trochę zatkał, to dzisiaj tak na nutkę bardziej osobistą.

Jak wiadomo, próba prowadzenia życia duchowego nie oznacza bynajmniej wycofania się z życia codziennego, a więc i ja nie wygaszam wcale moich zaangażowań codziennych, a raczej wręcz przeciwnie, bo -- jak już tutaj kiedyś wspominałem -- szukam dodatkowej pracy, aby dorobić, no i może jeszcze zyskać doświadczenie w czymś innym od oświaty wyższej...

I, jak zwykle, nie mogę się nadziwić.

Dziwnych rzeczy związanych ze współczesnym rynkiem pracy jest cała masa, ale najdziwniejsze ze wszystkiego jest chyba to, co wypisuje się na temat problemów z jej znalezieniem. Przypadkowo natknąłem się, przeglądając artykuły o tym, jak tworzyć dobre CV, listy motywacyjne i takie tam, na tekst o tym, co robić w przypadku długotrwałej niemożności zatrudnienia się gdziekolwiek. Jedna złota rada: "Network more" (w wolnym tłumaczeniu: "poznawaj ludzi"). I wyjaśnienie: wszystko sprowadza się do znajomości.

Boże kochany, gdyby to było takie proste...

Może, jak zwykle, posłużę się przykładem z własnego życia. Otóż, miałem bardzo wiele takich wypadków, szczególnie, gdy pracowałem intensywnie nad tłumaczeniami G.K. Chestertona. -- Pan pracuje tylko sam, musi pan to zmienić -- tłumaczył mi ktoś w swoim przekonaniu bardzo mądry. -- Pisze się dla ludzi, nie dla siebie. Musi pan ZNALEŹĆ KOGOŚ DO WSPÓŁPRACY. --

-- No to już! -- wołałem radośnie. -- Zacznijmy współpracować, ja mogę od wczoraj. Czy jest cokolwiek, co mógłbym dla państwa zrobić? --

Na to rozmówca rumienił się lekko i, podśmiewając się delikatnie, odpowiadał: -- Ach, nie-nie, nie to miałem na myśli, nam akurat nikogo w tej chwili nie potrzeba. --

No i tak to się toczyło (kołem): raz jeden, drugi, dziesiąty... I, ostatecznie, zawsze dowiadywałem się, że jestem dziwakiem, odludkiem i nie potrafię dogadywać się z ludźmi.

Skutek? Nic się nie udało. Po prostu wszystko obumarło sobie śmiercią naturalną. I nieważne, ile bym maili napisał, telefonów wykonał, ile bym pytał i badał, czy jest coś, co mogę dla kogoś zrobić -- nic to nie dawało. I powiem krótko, że to jest bardzo, bardzo przykre obserwować, jak projekt, w który włożyło się całe serce i jeszcze więcej, po prostu wypala się kompletnie z braku paliwa.

O co mi chodzi? O ową jedną prostą obserwację, że relacje z innymi zależą zawsze OD DWÓCH, a nie od jednej strony. Nie wiem, mnie się to zawsze wydawało oczywiste, ale (istotnie, tutaj pełna zgoda) ja faktycznie jestem dość cudaczny. W każdym razie, oczywiste czy nie, tak to właśnie jest. A w związku z tym, zdarza się w życiu tak, że po prostu nie trafia się na właściwe osoby. I wtedy żadne "network more" i podobne złote rady nic nie dadzą, bo człowiek po prostu za każdym razem zderza się ze ścianą.

Skutek? Na przykład: depresja. I tutaj dochodzimy do kolejnej złotej rady ze wspomnianego tekstu: nie bądź taki ponury! Być może pracodawca widzi, że jesteś w złym nastroju? No i znowu to samo pytanie: a czy ja CHCĘ być w złym nastroju? Co mam zrobić, tabletków się jakichś nażreć, żeby tylko mieć banana na gębie?

I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Tak się kręcił ten tekst w kółeczko i w kółeczko.

Teraz konkluzja: po co to wszystko? Odpowiedź: ano, rzecz jasna, po to, aby odpowiedzialność za niemożność znalezienia pracodawcy zrzucić w całości na potencjalnego pracownika. I nigdy nie powiedzieć nawet słowa o głębszych, systemowych uwarunkowaniach ludzkich problemów. Oto właśnie źródło owego debilnego, kapitalistycznego optymizmu, niby to tak bardzo dowartościowującego jednostkę, a faktycznie robiącego z niej samotną wyspę: "Hurra, na bój, wszystko możesz, wszystkiemu dasz radę, jesteś panem własnego losu!"

Nie. Nie jestem. Jestem, jak wszyscy moi bliźni, trzciną na wietrze. I czasami potrzebuję pomocy, aby wydobyć się ze swoich problemów. Kiedyś (przecież to odniesienie nie jest przypadkowe) to było oczywiste. W sensie bezwzględnym, wciąż jest oczywiste. Doprawdy, niesamowite, jak łatwo, opętani żądzą pieniądza i obrzydliwą wizje komercyjnego sukcesu, potrafimy zapomnieć o oczywistościach.

No i nic, to taka krótka refleksja z potrzeby chwili. Wracam czytać Kropotkina.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo