"Wreszcie pęka bańka nieruchomości", "Kto wziął kredyt we Frankach, przegrał życie", "Lemingi, nie kupujcie mieszkań - nie bądźcie niewolnikami banków" - to tylko kilka "perełek" z forów dyskusyjnych w ostatnim czasie. Śledząc te dyskusje, można oczekiwać nadejścia armagedonu, totalnej katastrofy. Przynajmniej na polskim rynku nieruchomości. Idąc tym tropem, moi koledzy z uczelni zajmujący się nieruchomościami powinni już dawno popełnić zbiorowe seppuku. A tymczasem mają się całkiem dobrze:)
Oczywiście, w narodzie jest tendencja do przesady. Najpierw wszyscy nawoływali do kupowania mieszkań po 8, a nawet 10 tys. /m2, bo "taniej nie będzie", a teraz, gdy mamy spowolnienie gospodarcze (naturalna faza cyklu koniunturalnego w gospodarce - po okresie prosperity przychodzi kryzys!) - mamy "pęknięcie bańki" i domorosłych prognostyków, widzących oczymja wyobraźni mieszkania przy Al. Jerozolimskich w Warszawie za 5 tys. /m2 ("bo przecież nikogo nie stać na więcej").
Słowem: jak żyć? Co robić? Pędzić do banku i dogadać się w sprawie sprzedaży mieszkania z hipoteką - byle szybko, by ograniczyć straty? Przestać spłacać kredyt, spalić mosty, zmienić nazwisko i rozpocząć nowe życie w Argentynie?
Moja rada jest prosta... kupować. Żeby nie było, że jestem jak misiowy "Wujek Dobra Rada" - sam mieszkanie kupiłem:) Uważam, że docelowo - w ciągu 3-4 lat - ceny nieruchomości w dużych miastach zaczną ponownie rosnąć, więc teraz (przez najbliższe 12 miesięcy) jest najlepsza pora na to, by zdecydować się na kupno.
W kolejnych postach postaram się podać konkretne argumenty.
UWAGA: uprzejmie informuję że mój blog jest zwykłą formą zabawy publicystycznej. Nie należy traktować moich prognoz śmiertelnie poważnie. Nie czuję się też odpowiedzialny za ew. błędy inwestycyjne czytelników:)


Komentarze
Pokaż komentarze (4)