Dzbanek i pianino nie przekonały obserwatorów i "życzliwych" krytyków-kibiców. Nie przekonały, bo nie daje się przekonać meduzy, by stała się wielorybem. Fałsz, obłuda, zagranie propagandowe (każdy z intelektualistów partyjnego i bezpartyjnego bloku wspierania rządu, w skrócie PiBBWR, mógłby - i z pewnością to jeszcze uczyni - do tych określeń dorzucić płody swej erudycji) to komentarz do wystąpienia Kaczyńskiego. Dlaczego właśnie taki? Ponieważ ten jest najwygodniejszy, przyjęcie innego oznaczałoby wejście w spór co najmniej intelektualny, a do tego nie tylko trzeba intelektu, przynajmniej u niektórych, ale przede wszystkim poważnego podejścia do dyskursu politycznego. Ten zaś pod rządami PiBBWR umarł śmiercią naturalną i nic nie wskazuje, by coś go mogło wskrzesić. Jeśli nie wymuszą tego media, wszystko pozostanie bez zmian. Media zaś, a mówię o mediach najbardziej opiniotwórczych, o czym wiedzą wszyscy, tego nie uczynią, bo nie leży to w ich dobrze pojętym interesie.
Kaczyńskiemu nie pomógłby nawet towarzyszący mu samowar, nie pomogłyby poustawiane wszedzie matrioszki, ani "Wołga" delikatnie brzmiąca w tle. Kandydatowi na prezydenta pomóc mogłoby tylko jedno: polityczna emerytura. Ileż wówczas byłoby powszechnego współczucia, prawdziwego współczucia! Ba, może i jemu udałoby się wreszcie, choćby na moment, stać ulubieńcem pewnych kręgów, jak stało się to w pewnej chwili z Lepperem, Giertychem czy Dornem. Sama rezygnacja z kandydowania niczego nie mogłaby zmienić, to takze jest oczywiste. Kaczyński jednak nie tylko wywołuje złość, Kaczyński też "przestrasza", a to już sprawa o wiele poważniejsza. Niechęć, a to przecież określenie niezwykle delikatne, i złość musiały zejść na plan dalszy, gdy nieoczekiwanie okazało się, że jego szanse wcale nie są iluzoryczne. Tak rodzi się obawa, tak strach zagląda w oczy. Nawet w oczy wilków, a to już rzecz poważna. Widać to wszędzie i u wszystkich zainteresowanych niepowodzeniem Kaczyńskiego. PO czeka sprawdzian naprawdę trudny. Jak, nie naruszając zanadto powagi sytuacji, przygwoździć przeciwnika. Najbliższe dni mogą być pod tym względem szczególnie ciekawe i pouczające. Sztab propagandowy PO będzie musiał wznieść się na wyżyny. Czy się wzniesie? Wypróbowani ujadacze mogą nie podołać. Są zanadto przewidywalni, a wbrew temu, co każdy z nich sądzi o swych możliwościach, trudno w nich znaleźć materiał na współczesnego Aretina. Jazgot pozostaje jazgotem. Mam nadzieję, że w końcu stanie się to jasne dla wszystkich. Czy tym razem, w okolicznościach mimo wszystko specyficznych, znów będzie można zdać się na wyrachowanych błaznów telewizyjnych? Nie jest to wykluczone, ale jest też ryzykowne. Już łatwiej zaufać drużynie krawatów i obcasów, ta na pewno nie zawiedzie, ale ma trochę mało czasu na działania, z których słynie. Bo przecież posługuje się iluzją, udając, że cep jest szpadą. Na pewno nie pomoże nowa "Nienawiść", choćby tym razem zatytułowana "Nienawiść apokaliptyczna", bo chodzi nie o zdobycie głosów nienawistników, ale niezdecydowanych, a ci na ogół mają lepszy gust. "Rozwiązanie końcowe" podsuwa red. Wołek. Ten jednak od czasu przygody z Pinochetem niezmiennie spóźnia się o krok. Mówi wprawdzie to, co powiedzieli już bardziej "mowni", ale nie dostrzega, że ktoś jednak może być od niego bardziej spostrzegawczy. "Rozwiązanie końcowe" ("końcowe" na dzisiejszym etapie zmagań) ma polegać na otoczeniu marszałka Komorowskiego najbliższą rodziną, bo przecież Kaczyński (chi-chi, cha-cha) własnej rodziny nie założył. Oczywiście, z wrodzonym taktem dodaje red. Wołek, nic w tym złego, boć to przecież świadomy wybór, który trzeba uszanować, a red. Wołek jest powszechnie znany z tego rodzaju szacunku, mógłby zresztą dodać jakieś piłkarskie, południowo-amerykańskie analogie, bo na tym się chyba rzeczywiście trochę zna, ale nie czyni tego. Nie czyni tego z oczywistych względów. Nie tylko jest taktowny, ale i skromny. Jak premier Attlee. Tylko red. Wołek - erudyta mógłby właściwie odczytać tę aluzję. Kaczyński nie ma żony i dzieci, mógłby zatem, zdaje się sugerować red. Wołek (mógłby sugerować, ale tego nie czyni - dlaczego? nie sprawiajmy red. Wołkowi przykrości, odpowiadając na to pytanie), siedzieć w domu i grać na pianinie albo wpatrywać się w nie, bo wszak grać na nim nie umie (a premier Tusk jest zapewne multiinstrumentalny, a marszałek Komorowski, oj, ten w godzinach wolnych od trudów rządzenia państwem dyryguje filharmonikami z Buenos Aires), ale nie powinien zostać prezydentem. Prezydent bowiem musi znać bolączki ludu, a skąd ma je znać, jeśli sam nie jest głową rodziny. Taka oto Einsteinowska myśl zalęgła się w głowie red. Wołka, przyprawiając go zapewne o migrenę. Migrenę z wysiłku. Cóz zatem uczynił Kościół - o tempora, o mores - zakazując duchownym zakładania rodzin, przy okazji oczekując od nich wykonania o wiele trudniejszego zadania niż dbałość o chleb powszedni? Gdybyśmy żyli w normalnych czasach i w normalnym kraju, po przeczytaniu rozmyślań red. Wołka spałbym spokojnie, ale jeśli takich red. Wołków jest więcej? Strach się bać! Zostawmy red. Wołka, bo jeszcze pomyśli, że ktoś go wreszcie potraktował poważnie.
Wykorzystywanie żałoby do celów politycznych potępiły niektóre rodziny tragicznie zmarłych. To oświadczenie spada na Polskę i spada na PO jak ulewny deszcz na spaloną słońcem glebę. Każdy tak strasznie doświadczony ma prawo do wyrażania własnych uczuć. Każdemu od nich wara. Czegokolwiek nie sądziłbym o tym oświadczeniu, nie mam prawa go komentować. To samo powinni jednak uczynić również pozostali. A co słyszymy, co jeszcze usłyszymy, czego będziemy, jak podejrzewam, słuchać bez przerwy? Przedsmak dał sam marszałek-prezydent, który wprawdzie nie dał się wmanewrować w nachalny komentarz, ale odsyłał do osób, które wspomniany apel wystosowały. Postawiłbym duże pieniądze, idąc o zakład, kto się dziś, jutro, pojutrze zacznie o tym wypowiadać, uderzając w Kaczyńskiego i PiS. Czy skutecznie?
Najtrudniejsze zadanie sprowadza się do wmówienia wszystkim, że marszałek-prezydent ma charyzmę. Każdy wie, że ma jej tyle, ile dżdżownica ma nóg, ale przecież nie takich przewartościowań zdrowego rozsądku udało się w ostatnich latach przeprowadzić, by móc nie wierzyć, że uda się i tym razem. Zwłaszcza..., zwłaszcza że sam Komorowski dał się już przekonać. A zresztą, cóż innego mógł uczynić? Przekonał się z typowym dla siebie wdziękiem. Skoro sam generał stwierdził, że marszałek ma jednak charyzmę (a czyż generał, taaaki generał mógłby się mylić albo - o zgrozo - mówić nieprawdę?), to ją widocznie jednak ma i mógłby się nią dzielić z innymi.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)