O kulcie infantylności napisano już niemal wszystko. W Polsce, a ona szczególnie nas przecież interesuje, zdziecinnienie dosięga wszystkich dziedzin życia. Obserwujemy artystów ubranych i zachowujących się jak młodzieńcy (to, że naśladują cudze wzorce, tym bardziej ich ośmiesza), pisarzy, których twórczość (pomijając wartość artystyczną, a tej na ogół po prostu nie ma) pod względem intelektualnym wprawia w zażenowanie, telewizyjnych "szołmenów", których największą wadą nie jest niesmaczny wygłup, ale niczym nieumotywowana wiara we własną inteligencję, itd.,itd.
Infantylna, a to już jest zjawisko naprawde groźne, stała się również polityka i jej interpretacja. Od dwudziestu lat wmawia się wyborcom, czyli mięsu armatniemu polityków, że Polska nie może być zanadto dosłowna, nie może wyraźnie akcentować własnych potrzeb czy priorytetów, nie może mówić otwartym tekstem, nie może jakąkolwiek dwuznacznością urazić sąsiadów czy w ogóle innych państw. Ja, oczywiście, wiem, wielu wie, że to tylko taka zabawa, gra z maluczkimi. Że nie wszyscy politycy są aż tak nieudolni, by sami w to wierzyć. Ale że nie wstydzą się, głosząc podobne brednie, to temat dla wielkiego epika. Nie można jednak wykluczyć, że niektórzy wcale nie grają, tylko są po prostu "naturszczykami".
Premier, z wykształcenia historyk (najczęściej pojawia się z mapą europejską w tle, może więc przekwalifikował się w znawcę geografii), powinien co nieco wiedzieć, ale ma tyle spraw na głowie, bez przerwy musi z doradcami analizować wykresy badań preferencji opinii publicznej (dochodząc przy tym niemal do perfekcji socjologicznej, mógłby z powodzeniem stanąć w szranki z prof. Krzemińskim), że - choć jest geniuszem, co poświadczył poseł Nowak - nie wystarcza mu czasu, by zastanawiać się nad istotą polityki. Ale szef MSZ? Oksfordczyk, dżentelmen, młodzieniec i prawdziwe objawienie w polskiej polityce, tak jeszcze niedawno wychwalany pod niebiosa przez niektórych, sympatycznych skądinąd dziennikarzy? Ba, cóż zrobić. Gdyby minister więcej czytał, może gdyby otoczył się sprawniejszymi doradcami, gdyby mniej dożynał i rzadziej dosiadał swego motorowego rumaka, wiedziałby, że to, co wygaduje, jest kompromitujące. Bredzenie o Polsce jagiellońskiej i piastowskiej, wzajemnym zaufaniu między państwami, zwłaszcza że łączy je UE, dbaniu o własny interes poprzez nieurażanie jakiegokolwiek z państw, może wywoływać uśmiechy na ustach polityków, którzy podobnych fantasmagorii się wystrzegają.
Wszyscy, rzecz jasna, wiemy, że minister Sikorski jest wybitniejszym mężem stanu od Talleyranda, Metternicha, Cavoura i Bismarcka razem wziętych, ale być może dobrze byłoby, gdyby sobie uświadomił, że istota polityki od wieków pozostaje niezmienna. Zmieniają się niuanse, ale środki i cele pozostają bez zmian. Święte Przymierze, pomijając wszelkie oczywiste różnice, było czymś w rodzaju UE, starało się prowadzić uzgodnioną politykę i manifestowało jedność celów, ale nikomu przy zdrowych zmysłach nie przyjdzie do głowy twierdzić, że wchodzące w jego skład państwa, ni z tego, ni z owego zapomniały o realizacji własnych interesów. Dzisiaj niewiele się przecież zmieniło. Obserwując i opisując politykę niemiecką zwraca się uwagę - i słusznie - że jest ona wprawdzie proeuropejska, ale nie przeszkadza to Niemcom w prowadzeniu własnej gry, bo Niemcy są dla nich najważniejsze. Co z tego, skoro przy ocenie tej polityki wypowiada się androny. Większe androny wypowiedziano i nadal wypowiada się w związku z Rosją po katastrofie smoleńskiej. Z Rosją, która nawet nie jest członkiem UE! Żeby było już zupełnie niedorzecznie, miesza się dwa pojęcia: Rosja i Rosjanie. Urażać Rosjan nie ma sensu (w polityce liczy się właśnie sens, nie to, co wypada czy nie wypada), ale jak można urazić Rosję, dbając o własny, najlepiej pojęty interes? Bo się na nas obrazi za brak zaufania? Szkoda, że głoszący podobne poglady polscy politycy nie zdają sobie sprawy, że w ten sposób obrażają swych rosyjskich odpowiedników, sugerując, że są oni intelektualnie niesprawni. Może zresztą dobrze, że nie mają takiej świadomości, bo w przeciwnym razie zaczęliby ich za podobną sugestię przepraszać, a wówczas byłoby nie tylko durno, ale i śmiesznie. Cóż, Grzegorzu Dyndało, sam sobie jesteś winien.
A teraz nutka optymizmu. Bogu dzięki, że elita rządząca ma przynajmniej poczucie humoru. Marszałek-prezydent rozbawiający Rosjan w Moskwie i minister spraw zagranicznych opowiadający o korzeniach Obamy, którego przodek zjadł polskiego misjonarza. A gdyby tak jakiś wieloryb połknął Komorowskiego i Sikorskiego i pozostawił ich w swoim brzuchu choćby tylko przez trzy dni. Jakież to byłoby smaczne i pożyteczne. My moglibyśmy odsapnąć, a oni przeszliby do historii. Nieważne przecież, jak się do niej przechodzi, ważne, by w ogóle przejść.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)