Marszałek-prezydent nie wierzy w przemianę Kaczyńskiego. Może lepiej napisać - nie bardzo w nią wierzy. A zresztą już sam nie wiem, czy nie wierzy zupełnie, czy też nie za bardzo wierzy. Za głupi jestem, by to ocenić. No tak, ale skoro jestem głupi czy choćby tylko za głupi, po co w ogóle piszę tego bloga? Nie wiem. I to jest chyba dobra odpowiedź, ponieważ ktoś głupi, choćby tylko za głupi, nie powinien znać odpowiedzi na tak postawione pytanie. Marszałek-prezydent ma jednak wątpliwości w interesującej nas kwestii (ładnie z tego wybrnąłem, prawda?), co oznacza tylko i wyłącznie, że nie jest odkrywczy. Każdy to bowiem wie. A skoro każdy wie, nie każdy powinien o tym mówić. No chyba, że marszałek-prezydent uważa, że im częściej się to będzie powtarzać, tym bardziej Kaczyński nie będzie się zmieniał, czyli z jego, marszałka-prezydenta, perspektywy wszystko jest O.K. Jeśli jest O.K., to i mnie to cieszy, ale z drugiej strony, jak mawiał sławny mleczarz, dotychczas wydawało mi się, że marszałek-prezydent jest tytanem. Nie żeby był tytanem niezrównanym, ten jest w Polsce tylko jeden (jak niezrównany, to niezrównany), ale jednak tytanem, a tytani nie zachowują się jak zwykli śmiertelnicy. Ta myśl, ta wprost heretycka myśl, podszepnęła mi, że może w takim razie nie tak trudno być tytanem i ja również jestem tytanem. Dziś powszechnie wmawia się nam, że palenie heretyków na stosach było zbrodnią. Czy ja wiem? A może jednak należałoby do tej praktyki powrócić, w przeciwnym razie każdy będzie mógł sobie wygadywać podobne do moich brednie, twierdząc, że jest tytanem albo przynajmniej dobrym materiałem na tytana. Czyli że co, Kaczyński jest takim samym tytanem jak Komorowski albo, nie daj Boże, Ziemkiewicz równy jest Żakowskiemu? Pomijając wszystko inne, chociażby przez wzgląd na Monikę Olejnik nie można do tego dopuścić. Świat by się jej zawalił, przygwoździłby ją, połamał obcasy, wydął usta, "i" postawił nad kropką. Ta myśl jest prawdziwym szaleństwem. Lepiej palmy heretyków.
Marszałek-prezydent, jako się rzekło, ma wątpliwości związane z postępowaniem Kaczyńskiego. W przypadku Palikota, pana Palikota, takich wątpliwości, jak sądzić można, nie ma, o czym przekonują słowa wypowiedziane przez kandydata PO w Katowicach. Cóż to może oznaczać? Każdy wie, jeśli tylko uzmysłowi sobie, że też jest tytanem. Pozostali, kandydaci na tytanów, muszą rozważać dwie możliwości: albo naprawdę robi się gorąco, albo marszałek-prezydent uraczył nas kolejną dawką swego arystokratycznego poczucia humoru. Czas pokaże. Stawiałbym na to pierwsze, ale byłoby to myślenie nie za bardzo stosowne, ponieważ sugerowałoby niewiarę w marszałkowsko-prezydenckie poczucie humoru. I tak źle, i tak niedobrze. A już zwłaszcza dlatego, że Kaczyński stał się niemal niemową. Niemowa prezydentem! Widział to ktoś! Co powiedzieliby o nas przywódcy innych państw, co powiedziałaby (dobrze, wiem - co powiedziałaby, wcześniej wyczytując to z polskiej prasy) opinia publiczna innych państw? Precz z taką myślą, co się tłumaczy: Kaczyński nie może zostać prezydentem. A skoro tak samo uważa prezydent Obama, tzn. chciałem powiedzieć prof. Nałęcz - "causa finita".
Dlaczego w tytule napisałem "pan Palikot"? Napisałem tak, ponieważ jestem dobrze wychowany, a jeśli takie tłumaczenie nie przekonuje, napisałem tak, ponieważ chciałem naśladować Tomasza Lisa. Z tą tylko różnicą, że "durniu" bardziej mi się podoba od "głupcze". Tych różnic jest znacznie (chyba mówię nieprawdę) więcej, ale to już temat na inną opowieść. A jeśli i to tłumaczenie kogoś nie przekonuje, nie mam nic więcej na swoje usprawiedliwienie.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)