Przyśnił mi się ... Nie zdradzę, kto mi się przyśnił, żeby nie być posądzonym o jakieś fobie, wystarczy, że ktoś mi się przyśnił. Przyśnił mi się i rzekł, że jestem głupim chamem, a przy tym grafomanem, że piszę jakieś niestworzone dyrdymały, a powinno się pisać o rzeczach poważnych. Piszmy zatem poważnie o rzeczach naprawdę poważnych.
Profesor M. Król w wywiadzie zatytułowanym Skłonność do marnego patriotyzmu prowokuje do dyskusji, choć zdaje się, wcale w dyskursywnym tonie się nie wypowiadał. Nie jest on zwykłym zjadaczem chleba, skromnym obserwatorem życia politycznego, jest uznanym i docenianym historykiem idei o skłonnościach, jak to kiedyś określono, konserwatywnych.Czy może się wypowiadać o patriotyzmie? Każdy może. Profesor Król może tym bardziej, ponieważ doskonale zna tło dziewiętnastowiecznej Polski, ma więc przy okazji możliwość dokonywania porównań.
Dlaczego mnie rozczarował? Rozczarował dlatego, że na pierwszym planie umieścił własne poglądy. Każdy ma do tego prawo, on również, on może nawet przede wszystkim. Problem polega jednak na tym, że nikt nie pyta go o zdanie (tak przynajmniej sądzę), które mógłby wygłosić na spotkaniu towarzyskim, ale pyta go o zdiagnozowanie pewnej sytuacji, sądząc, że otrzyma pogłębioną refleksję uczonego. A uczony nie może kierować się wyłącznie własnymi emocjami czy poglądami. Że najczęściej jest odwrotnie, nie zwalnia nikogo z obowiązku, by starał się sprostać etosowi bezstronnego badacza.
Marcin Król twierdzi, że "odrodzenie prawdziwie romantycznego patriotyzmu wymagałoby skali intelektualnej, która na poziomie zbiorowości jest po prostu niemożliwa". Jest to polemika z częścią wywodu J. Rokity, zresztą niespecjalnie szczęśliwego. Uwagi prof. Króla brzmią jednak cokolwiek dyskusyjnie. Na marginesie pozostawiam definicję "prawdziwie romantycznego patriotyzmu", sam zresztą sceptycznie podchodząc do prób jego ściślejszego określenia, ale wątpliwości budzi określenie "skala intelektualna". Wywiad nie jest rozprawą naukową, nie jest nawet esejem, trudno więc od niego oczekiwać precyzji czy wyostrzonej argumentacji, ale nie może prześlizgiwać się nad poważnymi kwestiami, jeśli udzielający go zechciał się nad nimi pochylić. Jakąż to "skalę intelektualną" miał M. Król na myśli? Mickiewiczowską? Jeśli nie, to kogo ma na myśli? Szaniawskiego, Klaczkę, Mochnackiego? A może Rzewuskiego i Hoene-Wrońskiego? Marcin Król jest zbyt wytrawnym intelektualistą, by nie zdawać sobie sprawy, że tego rodzaju dywagacje do niczego tak naprawdę nie prowadzą, zwłaszcza że słusznie oddziela "skalę intelektualną" od "zbiorowości". Zapędza się zresztą, dodając, że dziś w grę wchodzą jedynie "postromantyczne popłuczyny". Jakie "popłuczyny"? Myśli, idei, społecznego zaangażowania czy w ogóle zachowań zbiorowych? Nikt go zresztą o to, niestety, nie dopytuje. A skoro tak, sam stawia "kropkę nad i". Polska, dopowiada, zawsze miała skłonność do "marnego patriotyzmu". "Wot, gde sabaka zarytaja!" Na podstawie jakich kryteriów naukowych uczony doszedł do podobnego wniosku, jaki kwestionariusz pytań zadał wszystkim epokom historii Polski, jak je weryfikował? Czy jeśli coś, co nam się nie podoba, czego nie aprobujemy, jest rzeczą "marną"? Czy wnioski płynące z rozpraw naukowych, których wyników nie aprobujemy, wyników właśnie, nie warsztatu badawczego, też są "marne"? Strach pomyśleć, co dzieje się z tymi, w których szwankuje warsztat. A może jest tak, że te ostatnie można zaaprobować, a tych pierwszych, tych "marnych", już nie?
Dalszą część wywodu prof. Króla możemy sobie darować, ponieważ jest wyłącznie, niespecjalnie zresztą ukrywaną, manifestacją własnych poglądów. A do tego ma wszak, powtórzmy raz jeszcze, pełne prawo. Nawet wówczas, gdy ...


Komentarze
Pokaż komentarze (1)