capa capa
66
BLOG

Piaskiem po okularach

capa capa Rozmaitości Obserwuj notkę 0

Marszałek-prezydent zarzucony został piaskiem, który zrzucił mu okulary, zasypał oczy, zmusił do największego wysiłku intelektualnego, do wzniesienia się na wyżyny błyskotliwości, co jednocześnie ani przez chwilę nie powstrzymało jego wrodzonej kindersztuby, legendarnego poczucia humoru i, jak mówią w PO, sympatyczności. Marzenia! Tak naprawdę rzucano weń jedynie piaseczkiem w bardzo niewielkich dawkach, a przecież rzucający do szczególnie delikatnych piaskomiotów nie należy. Na odrzucany piasek odpowiada na ogół zwiększonymi dawkami, a biorąc przykład z jeszcze wytrawniejszych piaskomiotów, piaskomiotów wagi ciężkiej, umie wchodzić w zdanie, w jedno zdanie, drugie zdanie. Jest niezłym zawodnikiem. Tym razem jednak, choć widać było, że mu to mocno doskwiera, że niektóre niezbyt wybredne uwagi rozmówcy wyraźnie go irytują, uzbroił się w cierpliwość, niemal w anielską cierpliwość, i dotrwał do końca. Będzie mógł tłumaczyć, że dobrze wywiązał się z zadania. Piasek (piaseczek) został wprawdzie rzucony, ale okulary pozostały na nosie.

Każdy, kto oglądał to ekscytujące starcie olbrzymów, zadawał sobie z pewnością bardzo podstawowe pytanie: w jaki sposób marszałek-prezydent wpisuje się we wzorzec idealnego polityka suflowany ludowi przez PiBBWR (przypominam, jest to Partyjny i Bezpartyjny Blok Wspieranie Rządu)? Idealny polityk, idealny lider partyjny, idealny mąż stanu czy, jak to ma miejsce w tym przypadku, idealny prezydent powinien być ... Nie ma sensu pisać, jaki powinien być, dawno to zatwierdzono, wystarczy pokazać gotowy wzorzec. Idealnym politykiem jest Donald Tusk. Nieliczne, przyznajmy to obiektywnie, odstępstwa od ideału, które premierowi się mimo wszystko zdarzają, można zręcznie ukryć, nie powtarzając ich dwukrotnie na wizji i milcząc o nich w każdej innej sytuacji. Jak do tego ideału ma się marszałek-prezydent? Mimo bezgranicznej pewności siebie (w układach wewnętrznych, czyli w Polsce nie jest to przez niego grane, jest w tym przypadku naturalne) ciągle jest spięty. Mentorski ton, którego nauczyli go bardziej doświadczeni i swego czasu o wiele bardziej hołubieni koledzy z nieboszczki UD/UW, nie opuszcza go ani na chwilę. Może sobie zresztą nawet pozwolić na bezczelność, wiedząc, że nie zostanie przywołany do porządku, a skoro nigdy nie jest atakowany, jak mniej mający od niego szczęścia politycy innych opcji, nie musi popadać w złość. Wystarczyłoby jednak, gdyby któryś z dziennikarzy się odważył (ale któryż to uczyni?!), marszałek-prezydent nie miałby oporów, by go zbesztać.

Pewnością siebie przypomina jednego z czołowych przedstawicieli swego honorowego komitetu wyborczego, tego, który gotów jest w każdej chwili powiedzieć, że w czasie wojny francusko-pruskiej (wystarczy mu tylko podsunąć ten przykład i wytłumaczyć, kiedy to było) próbował doprowadzić do podpisania pokoju bez kapitulacji i byłby się z tego zadania wywiązał, ale miał za mało czasu. Marszałek-prezydent buńczucznie, w dodatku ostatnio właściwie przy każdej okazji (proszę, następne podobieństwo), podkreśla, że nie musi się zmieniać, ponieważ zawsze mówił i czynił to, czego dziś za żadne skarby by się nie wyparł. Prezydent-besserwisser, żeby nie powiedzieć prezydent-chwalipięta. Oj, takich person PO nigdy przecież nie lubiło. Z drugiej strony, skoro jedną z nich nieoczekiwanie jakiś czas temu polubiło, może aprobować również następną, szczególnie, że to nasz człowiek. PO i PiBBWR tak, ale czy inni także? Marszałek-prezydent nie budzi równiez sympatii, co przyznaliby, gdyby tylko mogli, nawet jego najbardziej zajadli zwolennicy. Mimo wyrobienia i inteligencji za grosz nie ma daru przyciągania uwagi słuchaczy. Jest nie tyle może nudny, jest raczej modelowo nijaki. Jeśli błyśnie poczuciem humoru, a wiemy, że błyszczy coraz częściej, wierzchołki spadają z drzew a psy podkulają ogony, jeśli stara się być sympatyczny, tęsknimy za wariantami niesympatyczności. Poza tym nasz marszałek-kandydat jest mówcą doprowadzającym do prawdziwej rozpaczy. Mało tego, że nie umie wywołać emocji, nie umie również zmieniać tonu wypowiedzi, co powoduje, że każde jego publiczne wystąpienie jest zwykłą, strasznie przy tym nieudolną recytacją. Można sobie tylko wyobrazić, jak Stefan Niesiołowski, to jest - niestety - silniejsze od niego, siedząc w domu w dźwiękoszczelnej kapsule wywiadowczo-kontrwywiadowczej, zamknięty przy tym na cztery spusty, komentuje występy Komorowskiego-retora. 

O charyzmie nie ma potrzeby mówić, pisałem już zresztą o tym. Nie ona jest zresztą najważniejsza, bez niej wybitny polityk może się ostać, ale bez wizji, bez czytelnego przesłania, szczególnie w okresach różnego rodzaju wyzwań, ostać się nie może. Taki prezydent nikomu nie jest potrzebny. Dopóki więc w Polsce prezydentura nie będzie oznaczała jedynie oglądania żyrandoli, prezydent pozbawiony wizji politycznej nigdy nie powinien nią rządzić. PiBBWR twierdzi, że marszałek-prezydent ma jasną, klarowną i wspaniałą wizję Polski. Sam zainteresowany również jest o tym przekonany. Ale jakąż on może mieć wizję, skoro samo PO żadnej wizji nigdy nie miało (poza, rzecz jasna, polityką miłości) i tak naprawdę nigdy mieć nie będzie? Marszałek-prezydent jest w jeszcze gorszej sytuacji, bo on nie wpisuje się nawet w ową wizję polityki miłości. Na to jest i za mało giętki, i za mało, nazwijmy to delikatnie, przebiegły.

A teraz z innej beczki. Prezydent powinien mieć odpowiednią prezencję, prezydent powinien znać języki obce, jeszcze niedawno grzmiały koła rządowe, grzmiały krawaty i obcasy, grzmieli notoryczni idioci. Nie pomagały głosy rozwagi, że niektórzy przywódcy innych państw wyglądają tak, jak wyglądają i nikt z tego powodu nie popada w histerię. Natomiast nie odezwał się żaden głos z przypomnieniem, że zdaniem Bismarcka znajomość języków jest przywilejem kelnerów. A co dziś się stało z podobnymi zarzutami? Nic. Milczenie, jak makiem zasiał. Nie trzeba inteligencji red. Wołka, żeby stwierdzić, że obecnie takie argumenty byłyby cokolwiek niestosowne. Pod względem prezencji i znajomości języków Bronisław "tak powiem" Komorowski miałby dość marne szanse wygrać jakikolwiek konkurs. Że to wszystko jest żenujące, że jest kompromitujące, że jest wreszcie po prostu śmieszne, tego nikt nie przyzna. Mało tego, Kazimierz Kutz, zwalczając tę niecną potwarz, gotów byłby przeorać nienaganną fryzurę posła Chlebowskiego i krzyczeć, że marszałek-prezydent jest nie tylko przystojniejszy od Brada Pitta i Michała Boniego, ale nawet, uwaga, uwaga, bo to nie w kij dmuchał, jest o wiele przystojniejszy nawet od posła Nowaka. A jeśli chodzi o znajomość języków, nie tylko zna ich kilkanaście (a właściwie kilkadziesiąt), ale sam dwa nowe zdołał, jak nie porównując Zamenhof, utworzyć.

Nic dodać, nic ująć.           

capa
O mnie capa

"Jestem jak harfa eolska, która wyda kilka pięknych dźwięków, ale nie zagra żadnej pieśni."

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości