Marszałek-prezydent na pewno zwycięży, ponieważ premier-niedoszły prezydent wręczył mu zwycięski szalik (ciekawe, czy pod nosem nie mruczał przy tym: "A kysz, a kysz"). Jak przechodni puchar albo insygnia koronacyjne. Gdy się obserwuje podobne gesty, łza kręci się w oku i żal ściska trzewia. Że też Mieszko I nie miał takiego szalika, bo gdyby miał, Piastowie na pewno nigdy nie straciliby polskiego tronu. Gdyby Leszek Miller, nie książę wprawdzie, ale od książąt swego czasu większy, miał taki szalik, dziś z pewnością kandydat Napieralski też miałby swój honorowy komitet wyborczy, kto wie, czy nie z częścią osób sygnujących listę komitetu marszałka-prezydenta. A skoro o komitetach mowa, kto wie, czy jeśli tendencja sondażowa nie będzie się zmieniać, PO nie wystawi listy honorowej w różnych miejscach Warszawy na widok publiczny, by mogły się na nią wpisywać kolejne persony. Nie byłoby w tym nic dziwnego, zwłaszcza że na dotychczasowej liście co najmniej kilkunastu czy kilkudziesięciu nazwisk wyraźnie brakuje. Po urządzonej marszałkowi-prezydentowi celebrze wszyscy uczestnicy i wszyscy kibice będą mogli zasnąć wiecznym snem sprawiedliwego. Któż waży się wystąpić przeciw takiej manifestacji wielkości. Któż, po usłyszeniu tylu głosów, po obejrzeniu tylu twarzy, nie ulegnie pokusie, by się przyłączyć. Prawdziwie stachanowski wysiłek budzący podziw i zazdrość. Nie jestem jednak pewny, czy przypadkiem nie popełniono pewnego błędu taktycznego. Elita elit wystąpiła dla elity, co do tego nie ma sporu, ale PO nie chce chyba, żeby marszałka-prezydenta popierała wyłącznie elita. Oczywiście, w grę może wchodzić mniemanie, że uznaje ono wszystkich mieszkańców Polski za przedstawicieli elity. Ale nawet jeśli uznaje, jest to cokolwiek przynajmniej niepolityczne, bo jak wytłumaczyć elicie, tej prawdziwej elicie, że jednak nią nie jest. Klasyczna kwadratura koła. Bogu dzięki, dla PO Bogu dzięki, że szefem kampanii jest poseł Nowak, któremu można wiele zarzucić, ale nie braku umiejętności rozwiązywania pęczniejących wyzwań intelektualnych.
Czegoś jednak na tym wiecu (to chyba jednak niewłaściwe określenie, bo czyż elita elit może wiecować?) do końca nie przemyślano. Widocznie nie wszystko konsultowano z posłem Nowakiem. Dlaczego sądzę, że nie wszystko przemyślano? Pewien satyryk, jak to większość polskich współczesnych satyryków, postanowił być jeszcze bardziej zabawny, niż tego odeń oczekiwano. No, chyba że ktoś mu dowcip podsuflował, czego wszak do końca wykluczyć nie można. Prawem dygresji zauważmy, że w komitecie marszałka-prezydenta jest więcej humorystów niż w komitecie Kaczyńskiego. O żadnym przypadku nie może być mowy. Humorystów zawsze ciągnęło do innych humorystów. Po tej dygresji wróćmy do nadmiernie zabawnego wystąpienia jednego z nich. Rzekł on, że "charyzmę zbyt często mają psychopaci". Na tę myśl znacznie wcześniej od niego wpadli bardziej spostrzegawczy obserwatorzy, ale mniejsza już o to, ważniejszy był efekt, jaki ta wypowiedź wywołała. Efekt ukontentowania. Aleśmy przygwoździli pisiorów! Z takiego ciosu już się nie będę w stanie podnieść, zwłaszcza że dziennikarskie krawaty i obcasy nie pozwolą im o tym zapomnieć (nie wspominając o telewizyjnych błaznach, ale z tymi będzie więcej zachodu, bo najpierw będzie im trzeba rzecz całą wytłumaczyć). Ukontentowana elita elit, jak to smacznie brzmi, niemal tak smacznie jak strawa, którą wspólnie spożyli poseł Palikot i Tomasz Jastrun. Elito elit, elito elit, opamiętaj się! Proszę o trochę więcej refleksji. Czyż nikt z zebranych nie dostrzegł, że albo rzeczony satyryk do elity elit nie powinien być zaliczany, albo jest cichym zwolennikiem politycznych rywali? Czy nikt nie dostrzegł, czy nikt sobie w porę nie przypomniał, że marszałek-prezydent też ma charyzmę? Całe jej pokłady. Sam to stwierdził ośmielony opinią generała, tego generała. Czegoś tu zatem nie rozumiem. Elita elit tego nie wychwyciła? Skąd. Po to jest elitą elit, by takie niuanse wyłapywać, zanim się jeszcze pojawią. Wniosek z tego, że po prostu elita elit w charyzmę marszałka-prezydenta wcale nie uwierzyła. Nie uwierzyła, a zatem nie mogła dopatrzeć się żadnej aluzji. Ale skoro tak, to może jednak na marszałka-prezydenta charyzma nie spłynęła. Wniosek wydaje się oczywisty - elita elit nigdy się nie myli. Dobrze, ale co w takiej sytuacji zrobić z deklaracją samego marszałka-prezydenta? Na pewno nie kłamał, wszak to "lider-harcerz", kłamać nie mógł. Czy mógł się pomylić? Kto, przedstawiciel elity elit? Podobna myśl też nie przekonuje. Pozostaje stwierdzić, że marszałek-prezydent dał się omotać generałowi, temu generałowi. Zły to prognostyk. Prezydent, prezydent zielonej wyspy, nie ma prawa dać się omotać. Nawet, jeśli próbuje go omotać generał, ten generał.
Ważny głos wydobył z siebie Władysław Bartoszewski, któremu widać nie przychodzi do głowy, że nieraz można zrezygnować z zabierania głosu. No tak, ale jeśli zawsze ma się do powiedzenia tak ważne rzeczy, trudno milczeć. Świeżo uhonorowany laurem "Gazety Wyborczej" (złośliwcy mówią, że to na osłodę po tym, jak "Karol Wielki" poszedł w inne dłonie; nie lubimy złośliwców, a już tym bardziej im nie wierzymy) wyłuszczył powody, które czynią z marszałka-prezydenta osobę wyjątkową. Nie hoduje zwierząt futerkowych, jest ojcem pięciorga dzieci, a podczas internowania, gdy był młodym człowiekiem, myślał o "konkretnych rozwiązaniach dla Polski ... zwłaszcza o edukacji". Święte słowa. Idealne cechy przyszłego prezydenta zielonej wyspy. Po ich usłyszeniu można dojść do wniosku, że "Karol Wielki" jak najbardziej Władysławowi Bartoszewskiemu się jednak należał. Czyżby premiera wzięto za niego?


Komentarze
Pokaż komentarze (6)