Magdalena Środa rozpaczliwie woła o pomoc. Wzywa S.O.S. Chciałaby wybrać najlepszego prezydenta, a wybrać go nie może. Bardzo by chciała, a im bardziej chce, tym bardziej nie może. Ta tragiczna wiadomość -niczym widmo IV RP - wprawiła Polaków w stan odrętwienia. Czy to możliwe, pyta Polak Polaka? Jak to możliwe, dodaje inny Polak, zwracając się do innego Polaka? Cóż czynić? Jeśli Magdalena Środa nie wie, na kogo ma głosować, to co mają powiedzieć Kowalski i Nowak ("zwykły" Nowak, nie poseł Nowak, który akurat wie, na kogo głosować, a w każdym razie robi dobrą minę do nie tak znów dobrej gry)? Kogo mają spytać o zdanie, kogo się poradzić? Osamotnieni gotowi stracić zaufanie do polityki, demokracji, do Polski, do świata. A już na pewno stracą zaufanie do intelektualistów. Taka zaś strata byłaby stratą niepowetowaną, gorszą od kataklizmów. Co tam kataklizmów, gorszą od prozy Jerzego Pilcha.
Współczuję Magdalenie Środzie, pogrążam się razem z nią w rozpaczy i zadumie, ale nie będę ukrywać, że mnie mocno zawiodła. A nawet rzekłbym, cytując niegdysiejszego dygnitarza PRL-owskiego, mocno mnie ta jej wypowiedź ubodła. Rozumiem, że kobieta nie lubi poetyki westernu, nie będzie więc głosować na "niebezpiecznego mściciela". Wprawdzie mściciel w westernie odgrywał zazwyczaj rolę pozytywną, a niebezpieczny mściciel, czyli mściciel skuteczny (to coś jak bokser wagi ciężkiej), budził jeszcze większą sympatię, ale jak Magdalena Środa nie lubi, to nie lubi. Nikogo nie można do niczego zmusić. Może gdyby mścicielem był Gregory Peck, Wayne czy James Stewart, Magdalena Środa dałaby się jakoś przekonać, zwłaszcza że nie każdy z nich był paskudnym macho, ale skoro "niebezpiecznym mścicielem" jest Kaczyński, nie ma o czym dyskutować. Wprawdzie troszczy się o kota i udaje "milczącą owieczkę", ale nikt przecież nie da głowy, że w zaciszu domowym, gdy zrzuca "przebranie milczącej owieczki", tego swojego kota nie maltretuje. A nuż on go przebiera w psią sierść i każe mu szczekać. Taki sadyzm rzeczywiście byłby niepożądany u prezydenta.
W żaden sposób nie mogę jednak pojąć niechęci Magdaleny Środy do marszałka-prezydenta. Marszałka-prezydenta, którego nazywa, horribile dictu, "gajowym". I ten "gajowy" okazuje się na dokładkę gorszy od "niebezpiecznego mściciela". Każdy, kto dotychczas był przekonany, że Magdalena Środa może popierać wyłącznie marszałka-prezydenta, chciał iść za nią (bo niby za kim iść), by oddać na niego swój głos, poczuł się jak Hamlet wybierający się na ucztę, na której sam nie miał jeść, ale miał zostać na niej zjedzony. A czegóż to Magdalena Środa marszałkowi-prezydentowi nie zarzuciła (w jej mniemaniu słusznie)? Chyba tylko tego, że jest erudycyjny wikipedycznie. Nie chciałbym być w skórze marszałka-prezydenta. To nie kubeł zimnej wody, to ... darujmy sobie.
Magdalena Środa Magdaleną Środą, marszałek-prezydent marszałkiem-prezydentem, ale żeby w ten sposób potraktować elitę elit celebrującą kandydata PO! Akt odwagi graniczący z brawurą. Czyżby rodziła się nowa tradycja, nowa, prawdziwie świecka tradycja?


Komentarze
Pokaż komentarze (9)