capa capa
45
BLOG

A jeśli prowokacja nie zadziała?

capa capa Rozmaitości Obserwuj notkę 0

Obserwując konfrontacyjne (ktoś mniej uprzejmy gotów byłby określić to innym słowem) zachowanie niektórych osób wspierających prezydenta-marszałka, próbujemy dociec, co stoi u ich podstaw. Nasuwają się dwie ewentualności: albo mamy do czynienia z ludźmi naprawdę mało rozgarniętymi, albo kieruje nimi chęć sprowokowania strony przeciwnej do podjęcia rywalizacji prowadzonej podobnymi metodami. Nie podejmuję się rozstrzygać motywacji jednostkowych, te bowiem rzeczywiście mogą być różne. Uogólniając, skłonny jestem raczej - nie tylko z powodu dobrego wychowania - uwierzyć w drugą ze wskazanych możliwości. W arsenale środków politycznych, nie tylko zresztą politycznych, prowokacja zajmuje eksponowaną pozycję. Dobrze rozegrana na ogół przynosi nadspodziewane efekty. Ustrzec się jej nie jest łatwo, co stawia prowokowanego w niewdzięcznej roli. Ale z drugiej strony, prowokacja prowokacji nierówna. Bywają prowokacje mistrzowskie, zdarzają się inspirujące, rzec można - wzorcowe, bywają też prowokacje, jak to ktoś ładnie kiedyś określił, szyte grubymi lub wręcz zbyt grubymi nićmi.

Te ostatnie są na ogół dziełem partaczy lub ludzi zanadto zadufanych. Istnieją także prowokacje zamyślone przez desperatów, dla których są ostatnią deską ratunku. W naszym przypadku, tak przynajmniej sądzę, mamy do czynienia z zadufaniem doprowadzonym do skrajności. Zadufaniem, od razu dopowiedzmy, pozbawionym racjonalnych przesłanek. Skąd ono się wzięło? Och, to roślina o bardzo rozrośniętym systemie korzennym. Jedni zarazili się nim, inni się z nim urodzili, a najliczniejsi je sobie po prostu wmówili. Nie ma to zresztą większego znaczenia. Najważniejsze, że uwierzyli w jego skuteczność, w czym usłużnie pomogły środki masowego przekazu. Te zaś, działając w najlepszej wierze, zagalopowały się, również tracąc instynkt samozachowawczy. Coś, co miało pomóc unosić się zwycięskiemu okrętowi bez względu na pogodę, bardzo wcześnie zaczęło odgrywać rolę dodatkowego, samonapędzającego się, niezniszczalnego silnika, czyli czegoś w rodzaju perpetuum mobile. A w takich sytuacjach zazwyczaj dochodzi do przegrzania. W naszym przypadku należałoby zresztą powiedzieć - przesłodzenia. Zachwalać, usprawiedliwiać i wszechstronnie pomagać można na wszelkie sposoby, ale we wszystkim potrzebny jest umiar. Nie trzeba się było liczyć z "buntem" odbiorców, ale trzeba się było liczyć z zachłannością protegowanych. Ci, gdy tylko dostrzegli, że mogą sobie pozwolić właściwie na wszystko, bo i tak wszystko zostanie im nie tylko wybaczone, ale wręcz przekute w sukces, uwierzyli we własną omnipotencję.

Środki masowego przekazu pomogą, słupki poparcia ciągle szybują, sami jesteśmy niepowtarzalni - precz troski. PiS wprawdzie istnieje, ale co to za istnienie, zwłaszcza że jest śmiesznie przewidywalny, podobnie jak jego lider. Wystawiamy marszałka-prezydenta, wygrywamy w cuglach, wystawiamy posła Nowaka (ktoś spyta, dlaczego Nowaka, a dlaczego nie, odpowiem), może nie w cuglach, ale też wygrywamy, wystawiamy żyrandol (by w przyszłości żyrandole pałacowe się nie nudziły), choćby bezpartyjny, ale nasz, wygrywamy, przy dużym wysiłku, ale wygrywamy. Idyllę zakłóciło coś całkowicie nieprzewidywalnego - Kaczyński zaniemówił. Początkowo, bardzo krótko, ale i to doceńmy, żałoba ograniczała pole manewru. Kaczyński milczał, ponieważ trudno było zakładać, że od razu zacznie mówić. Nie było żadnych powodów do niepokoju. Mijały dni, Kaczyński ciągle milczał, marszałek-prezydent ciągle mówił (co i jak mówił, wszyscy słyszeli), zaczynało się robić nieswojo. A w dodatku coś niepokojącego zaczęło się też dziać ze słupkami poparcia. W takich okolicznościach rodzą się prowokacje.

Kaczyński nie zacznie mówić albo może i zacznie, ale nie wiadomo kiedy, a wszystkiego nie można pozostawić własnemu biegowi. Trzeba go zmusić, czyli rozjuszyć. Na pewno pęknie, nie wytrzyma, a jeśli nie on sam, nie wytrzymają politycy PiS-u. Na bezrybiu i rak ryba, więc to ostatnie też może wystarczyć. Krawaty i obcasy, tak samo zdezorientowane i zaniepokojone, nie pozostały w odwodzie. Posypały się bezstronne, sugerujące estetyczną dezaprobatę pytania o ocenę najbardziej "kontrowersyjnych" zagończyków marszałka-prezydenta. Indagowani zachowują się bardziej wstrzemięźliwie w ocenach od pytających, w tej sytuacji pytający (dla równowagi, by zachować dziennikarskie niezaangażowanie) podsuwają do oceny dawne, zaczepne fragmenty wystąpień Kaczyńskiego. Odpowiadający, i tym razem zachowując umiar, nie popadają w złość, nie plączą się, nie próbują się odgrywać. Tego dotychczas nie było!

Zwolennicy marszałka-prezydenta dostali twardy orzech do zgryzienia. Spasować i dotrwać do końca,  prowadząc kampanię może niekoniecznie salonową, ale wyważoną, czy brnąć dalej, ale dla odmiany posługując się jeszcze bardziej ostrymi metodami? Kto podejmie decyzję?               

capa
O mnie capa

"Jestem jak harfa eolska, która wyda kilka pięknych dźwięków, ale nie zagra żadnej pieśni."

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości