Rzecznik Graś, widocznie wykorzystując chwilę przerwy w dyżurze na wałach, podzielił się z rodakami refleksją. Znany z refleksyjnego podejścia do życia i świata jest prawdziwą ozdobą rządu. To wielki komplement, ponieważ w rządzie nie brakuje postaci wybitnych, wybitnych ponad miarę, którymi z powodzeniem można by obsadzić kilka rządów. Rzecznik Graś stwierdził, że osoby, które namówiły Kaczyńskiego do ubiegania się o fotel prezydenta, wyrządziły mu krzywdę. Wzruszająca to troska, zwłaszcza że wychodzi z ust polityka tak bardzo wyczulonego na dobro człowieka. Czy to samo mógłby rzecznik Gras powiedzieć o marszałku-prezydencie? Uchowaj Boże! Marszałek-prezydent, który nie musi niczego zmieniać w swym postępowaniu, nie licząc, oczywiście, odstawienia dubeltówki, ale w końcu nikt nie jest doskonały, nawet marszałek-prezydent, choć i jemu wydawało się, że jest inaczej, i który już 18 lat temu, przewidując trudności powodziowe, chciał temu zaradzić, może być uznany za wzorzec kandydata. Tak, marszałkowi-prezydentowi nikt nie wyrządził niedźwiedziej przysługi. Dobrze to świadczy o premierze, przyszłym królu, elektorach PO, którzy zaufali marszałkowi-prezydentowi, widząc w nim prawdziwego statystę (w niegdysiejszym tego słowa znaczeniu, rzecz jasna), i o byłym kontrkandydacie.
A skoro o byłym kontrkandydacie mowa. Gdyby nie jego zapewnienia, że rząd darzy stronę rosyjską zaufaniem w sprawie toczącego się dochodzenia, moglibyśmy pytać, czy naszym MSZ-etem ktoś w ogóle kieruje. Taki nienarzucający się, rzec by można, nienachalny MSZ. A przecież jeszcze niedawno minister rozsadzał ekrany telewizorów, a każda jego wypowiedź elektryzowała. Minister, którego w samoocenie mógłby przewyższyć bodaj jedyny tylko Lech Wałęsa, widocznie stwierdził, że dobro kraju i interes partii wymagają metamorfozy. Wprawdzie przegrał z marszałkiem, wówczas jeszcze nie marszałkiem-prezydentem, prawybory, ale jego nieśmiertelna elokwencja, obycie i nowoczesne myślenie o polityce mogłyby szkodzić marszałkowi-prezydentowi w kampanii. Koledzy z PO dokonali wyboru, ale przecież zadecydowała siła wyższa, rodacy mogliby być mniej domyślni. Gdyby codziennie raczono ich, choćby naprzemiennie, bon motami obu sławnych mężów, popadliby w takie ogłupienie, że gotowi zagłosować na Kaczyńskiego. A wówczas dożynanie watahy znów by się opóźniło. Minister wie, co robi. Jeśli jeden z członków komitetu honorowego marszałka-prezydenta do niedawna był przekonany, że jego idol ma na imię Władysław (nie dam głowy, że był w tym swoim mniemaniu odosobniony), to co sądzić o zwykłych śmiertelnikach?
Za to marszałek-prezydent nie pozwala o sobie zapomnieć. Jeśli na wałach nie przekrzykiwał premiera, wiadomo, jest dobrze wychowany, poza wałami nikt nie podoła jego wymowności. Ostatnio stwierdził, że koncyliacyjne przemówienie Kaczyńskiego "nie było powalające". Chciał zapewne powiedzieć "porywające", ale w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby na bieżąco wprowadzać korekty (rzecznik Graś w tym czasie najpewniej pełnił dyżur na wałach). "Powalające" są wyłącznie wystąpienia marszałka-prezydenta, zatem trochę się mu dziwię, że tak surowo ocenia innych. Ale o to mniejsza. Ważniejszą myśl wypowiedział marszałek-prezydent, dodając, że wezwania Kaczyńskiego do kompromisu są efektem przemówienia marszałka-prezydenta wygłoszonego w Kościele Mariackim. Zgadzam się. To "powalające" przemówienie mogło, niechby i mimowolnie, zapłodnić niejedną głowę. Boję się tylko, żeby się wkrótce nie okazało, że z tysiąca głów zaczną wyskakiwać takie same Ateny jak te, które co rusz wyskakują z głowy marszałka-prezydenta. Gdzie je wszystkie pomieścimy? Część będzie można wysłać do Burundi, ale przecież nie wszyskie, bo w przeciwnym razie Władysław Bartoszewski będzie musiał sięgnąć po atlas geograficzny, by uświetniać kolejne zloty wielbicieli Władysława, pardon, Bronisława Komorowskiego.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)