capa capa
151
BLOG

Redaktor Wołek ma konkurencję

capa capa Rozmaitości Obserwuj notkę 4

Powiało grozą. Grozą intelektualną. Ledwie się człowiek przyzwyczaił do red. Wołka, gdy niespodziewanie wyrosła konkurencja. Wytrawny fechmistrz, muszkieter Szostkiewicz, pozazdrościł red. Wołkowi sławy i zapragnął zostać drugim red. Wołkiem. Dwóch red. Wołków polska opinia publiczna, nie tak znów wyrobiona intelektualnie, może jednak nie zdzierżyć. I zbraknie sił, i rozbolą głowy od wysiłku. Zwłaszcza że red. Szostkiewicz tak bardzo zafascynował się red. Wołkiem, że bezwiednie uderza w klawisze, które swymi wirtuozerskimi palcami wcześniej poruszył red. Wołek - Dinu Lipatti polskiego dziennikarstwa.

Obaj grają na tym samym fortepianie. Fortepian nazywa się Kaczyński. Redaktor Szostkiewicz, przymykając powieki i prostując ramiona, rozpoczyna con grazia od motywu wystąpienia w Jaśle, które delicatamente przypomina mu przemówienie gdańskie. To z ZOMO po jednej stronie i nie ZOMO po drugiej. Słuchaczy stopniowo ogarnia fala uniesienia. Ktoś tam wprawdzie kichnie, ktoś zaskrzypi fotelem, ktoś przełknie konfietę ("konkretnie" miętową, dla lepszego oddechu), ale ogólnie króluje skupienie - jesteśmy wszak w gronie melomanów. Gdy ostatni akord zomowski dolatuje do uszu Beethovena, wirtuoz Szostkiewicz, alla stretta, amoroso wystukuje, należałoby właściwie napisać, wymuskuje: "wbił klin między społeczeństwo a władzę, czyli przemówił jakby językiem z czasów stanu wojennego." Drżą żyrandole, te w pałacu prezydenckim również, nad głowami zasłuchanych unosi się mgiełka z Burundi, taki ożywczy, po trosze narkotyczny dymek, dymek powolutku wprawiający w trans. Trans udziela się też wirtuozowi, który niespodziewanie, alla militare, wystukuje: "sugestie, że demokratycznie wybrana władza jest z jakiegoś kosmosu, to jednak nieprawdopodobny wyskok". Publiczność już się domyśla, że nuta "kosmos" jest efektem działania mgiełki z Burundi, która nie mogła ominąć maestro. Ten, uskrzydlony, zadziera głowę, grzywą włosów omiata podłogę (po zakończeniu recitalu świadkowie gotowi byliby przysiąc, że była tam grzywa włosów omiatająca scenę), unosi się nad instrumentem i patetico wygrywa: "Kto byle jak mówi, ten zwykle byle jak myśli, a kto byle jak myśli nie powinien być prezydentem. Domeną premiera jest rządzenie, domeną prezydenta - myślenie." Koniec. Palce w bezruchu zawisły nad klawiaturą, klawisze siłą mistrzowskiej sugestii jeszcze podskakiwały, a publiczność, con impeto, zerwawszy się z foteli, podskoczyła pod żyrandole i dalejże zrywać je w porywie uniesienia i zanosić do pałacu prezydenckiego.

Oszołomienie było tak ogromne, że słowa biły się ze słowami. Ktoś rzucił: "A nasz marszałek-prezydent nigdy nie mówi byle jak, bo zawsze mówi byle tak, a jak mówi byle tak, zwykle myśli byle wspak". Inny, także euforyczny meloman, ale nieco bardziej drażliwy, dodał: "Jak to premier jest od rządzenia? Nasz premier jest od myślenia". Pozostali poklepywali go po plecach, mówiąc: "Nie gorączkuj się tak, pewnie, że jest od myślenia. Jest od rządzenia i od myślenia."

Wszyscy przeżyli nirwanę, jeden tylko red. Wołek opuszczał salę koncertową zasępiony, podejmując postanowienie, że odtąd, żeby nie mieć konkurencji, musi grać na dwóch fortepianach.

Tymczasem marszałek-prezydent nie zamierza potykać się z Kaczyńskim w PiS-owskiej telewizji. W swojej ewentualnie mógłby, ale - jak prawdziwy mąż stanu - nie podjął jeszcze ostatecznej decyzji. Nie musi się spieszyć. Jego drzewa rosną szybciej i owocują, a Bartek jest stary i wypełniony łupkiem.     

capa
O mnie capa

"Jestem jak harfa eolska, która wyda kilka pięknych dźwięków, ale nie zagra żadnej pieśni."

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Rozmaitości