capa capa
171
BLOG

Sądy 48-godzinne

capa capa Rozmaitości Obserwuj notkę 3

Marszałek-prezydent pryncypialnie twierdził, że nie przybędzie na debatę do PiS-owskiej telewizji. Zapewne twierdził tak w dobrej wierze. Marszałek-prezydent wszystko czyni i mówi w dobrej wierze. Sztabowcy zadecydowali inaczej. Może zadecydowali znacznie wcześniej, a marszałek-prezydent, niczym Talma, odgrywał napisaną dlań rolę (gdyby tak było, marszałek-prezydent ze swoją aktorską swadą powinien zgarniać wszelkie możliwe nagrody festiwalowe), albo decyzję podjęli niedawno, widząc, że marszałek-prezydent dorównuje wprawdzie Talmie, ale zmieniła się publiczność, która nie jest już tak wytrawna jak w dawnych czasach. Nieważne, jak było. Ważne, że z ogromnym wysiłkiem przygotowywano marszałka-prezydenta do debaty. Poradzono mu, by był pewny siebie (to czysta fuszera i zwyczajna strata czasu, marszałek-prezydent ma więcej pewności siebie niż Pacyfik wody), by przejmował inicjatywę (słusznie, wszak doświadczenia z Wielkim Mamamuszim ongiś dały niezłe wyniki), by punktował rywali (pytanie, czy każdą zaczepkę marszałka-prezydenta rozpisano w scenariuszu, żadna z nich się zresztą w pełni nie udała), by wreszcie unikał intelektualnej wylewności. Ostatnia rada przypominać musiała pracę sapera. Marszałek-prezydent albo dokładnie zastosował się do poleceń, albo wprowadził do nich własne korekty - na niewiele się to zdało. Odpowiedzi nie na temat mogą działać na korzyść, ale mogą też dezawuować profesjonalizm. Minimalizują możliwość popełnienia gaf i jednocześnie doprowadzają do tego, że na pytanie o stosunki z najbliższymi sąsiadami odpowiada się krótką opowieścią o Afganistanie. Formuła programu znacznie zmniejszała niebezpieczeństwo wypowiadania niedorzeczności, nie powstrzymała jednak marszałka-prezydenta, który wyszedł przed szereg i sam obwieścił, że PiS wprowadził sądy 48-godzinne. Marszałek-prezydent wypadł w tej debacie najgorzej z trzech co najmniej powodów: nie osiągnął tego, co założyli jego sztabowcy, przejmował wprawdzie inicjatywę, ale właściwie nic z tego nie wynikało, i wreszcie - zapewne nieświadomie - ośmieszył własne hasło wyborcze.

Kaczyński podtrzymał swój dotychczasowy wizerunek. Zaskoczony (jeśli rzeczywiście był zaskoczony) pojawieniem się marszałka-prezydenta ani go nie opluł przy powitaniu, ani nie podawał mu nogi podczas pożegnania, ani go nie próbował ośmieszać, ani nie był agresywny, ani wreszcie nie reagował na zaczepki marszałka-prezydenta. W każdym razie nie reagował na nie w ten sposób, jakiego oczekiwali nauczyciele marszałka-prezydenta. Najlepiej wypadł w kwestiach wielkiej polityki. Nie chodzi nawet o to, co mówił, ale o swobodę, z jaką mówił. Ta swoboda musiała każdemu widzowi uzmysłowić, że ma do czynienia z kimś, kto się po prostu na tym zna.

Napieralski najlepiej zaczął, może nawet zaczął zdecydowanie najlepiej, ale potem było już gorzej. Parę razy trafnie i w tempo wskazał na mankamenty marszałka-prezydenta, ale w końcu niepotrzebnie zabrnął w stylistykę "chłopca, który naprawi świat, bo ma dobre chęci." Inna rzecz, że w całej kampanii napsuł już krwi swym partyjnym kolegom-nieprzyjaciołom, którzy rzucili go na pożarcie. Trudno zgadywać jego wynik wyborczy, ale - jak się zdaje - udowodnił, że chyba nikt z SLD nie radziłby sobie w kampanii lepiej od niego.

Pawlakowi służy mijający czas. Zrobił tak wielkie postępy, że (bez względu na sympatie wyborcze) trudno tego nie dostrzec i nie docenić. Opanowanie trudno już dziś obśmiać, pewność, z jaką wypowiada się na tematy, które w jakiś przynajmniej sposób czuje, robi dobre wrażenie. A brak swarliwości, tę zasadę, którą PSL głosi i wprowadza w życie, wyborcy - tak sądzę - będą chcieli docenić.      

capa
O mnie capa

"Jestem jak harfa eolska, która wyda kilka pięknych dźwięków, ale nie zagra żadnej pieśni."

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Rozmaitości