Siły umiarkowanego postępu i nieumiarkowanego intelektu podskakują z radości. Na finiszu zmagań prezydenckich znów zaświeciło słoneczko, prawie takie jak w Peru. Najpierw pewien do szpiku kości i ostatniego skręconego zwoju mózgowego niezależny socjolog, który codziennie na dobranoc zadaje sobie przed lustrem pytanie: dlaczego to właśnie ja jestem tak inteligentny i dlaczego inni też tak uważają? zniszczył intelektualnie prof. Staniszkis. Gdyby na jej miejscu znalazł się Arystoteles, też zostałby zmiażdżony. W końcu, gdyby zapytać naszego wybitnego socjologa, czy uczeń Platona był naprawdę wybitnym filozofem, odpowiedziałby: był uzdolniony, ale zanadto konserwatywny, taki jakby pisowski. Potem "człowiek bez właściwości" (wcale nie jestem pewien, czy nie jest to zbyt pochlebne dlań określenie) uśmiercił tę samą prof. Staniszkis, która najwyraźniej nie ma szczęścia do polemistów obdarzonych nadludzkimi zdolnościami. W tym samym czasie nie spał również poseł Nowak. Zamiast chodzić w koszulce z Koziołkiem Matołkiem, wdział koszulkę z Jarosławem "Pinokio" Kaczyńskim, o czym nas osobiście powiadomił. Sami moglibyśmy, nie nadążając za jego laserowym umysłem, się tego nie domyślić. Gdy ujrzał to marszałek-prezydent, uśmiał się do łez i napisał fraszkę (tzn. on ją tak literacko zakwalifikował): Gdy ze Sławkiem się spotkamy, przewracamy się na ściany. Bo jesteśmy jak bociany i zjadamy Pinokiany.
Nie wytrzymał też Wielki Mamamuszi i oświecił naród, że kłamczuszki mają krótkie nóżki jak kaczuszki. Od kiedy Wielki Mamamuszi dowiedział się, czyli mniej więcej trzy lata temu, że umie mówić nie tylko prozą, ale i wierszem, z radości nie może się powstrzymać i bez przerwy otwiera usta. Podobnie "bohater naszych czasów", marszałek-prezydent, który niemal na jednym posiedzeniu wyprowadził nas z NATO i oburzony stanął tam, gdzie stało NATO. Nie byłoby najgorzej postawić kogoś u boku marszałka-prezydenta w charakterze tłumacza. Do tego już doszło. Niby doszło, ale niektórym przedstawicielom elity elit to nie przeszkadza. Elita elit umie, gdy zachodzi potrzeba, być demokratyczna. Schodzi wówczas z Olimpu i brata się z maluczkimi.
W końcu przyszła kolej na najjaśniejszą gwiazdę polskiej polityki. Z puszczy wychynął Włodzimierz Wielki. Na nikogo nie zdążył się obrazić i w uroczystych słowach namaścił marszałka-prezydenta na Włodzimierza Półwielkiego. Iluż polityków chciałoby dostąpić podobnego zaszczytu!? Nic z tego. Włodzimierz Wielki jest wybredny. Obserwował, obserwował, zasięgnął rady żubrów, swych wypróbowanych przyjaciół, w swej tęgiej głowie, niczym w najnowocześniejszym komputerze, dokonał nieosiągalnych dla zwykłych głów kombinacji myślowych i wybrał marszałka-prezydenta. Nic dodać, nic ująć (a nawet - uszczknąć, jak podpowiada mi red. Wołek, z którym pozostaję,,,ale o tym, zdaje się, już kiedyś wspominałem). Zastanawiam się jednak, co uczyni Włodzimierz Wielki, gdy jego namaszczenie okaże się jedynie muśnięciem? Pewnie wróci do domu i obrazi się na żubry, że mu źle doradziły. Biedaczki! Jedyna ich nadzieja, że następna zima będzie łagodniejsza, bo w przeciwnym razie wyginą. Włodzimierz Wielki przestanie je dokarmiać. A co zrobią klakierzy? Klakierzy, bo przecież sam Włodzimierz nie zdołałby wmówić elektoratowi że jest Włodzimierzem Wielkim. Żubrom, owszem, ale elektoratowi nie. Klakierzy powiedzą wówczas, że to nie był Włodzimierz Wielki, tylko pani Cugier-Kotka. Wynajęta przez PiS i przebrana za Włodzimierza Wielkiego.
Co bardziej powściągliwi (chytruski!) zadowalają się komentarzami werbalnymi. Nic ich to nie kosztuje. Mniej powściągliwi (chytruski bez wykrzyknika) tak się uradowały decyzją Włodzimierza Wielkiego, że popadły w euforię. Taki Wojciech Olejniczak wytatułował sobie na torsie (wydepilowanym, rzecz jasna, depilował poseł Kalisz): Grzesiek rozdaje jabłuszka, Bronek gromadzi serduszka! I biega po Brukseli, pokazując każdemu spotkanemu europosłowi ten napis, na migi tłumacząc jego sens.
Aż wreszcie wypowiedział się sąd. A, to już, kochani Państwo, żarty się skończyły. Jak sąd coś powie, to mucha nie siada nawet na dubeltówce. Sąd, widocznie zauroczony kazuistycznymi talentami posła Nowaka, uznał, że Kaczyński to rzeczywiście Pinokio. Marszałek-prezydent na tę specjalną okazję opracowuje kolejną fraszkę (tzn. on tak to nazywa), a na gorąco stwierdził, że może "powiedzieć z otwartą przyłbicą..." Gdyby w sztabie wyborczym marszałka-prezydenta byli mniej lotni ludzie od posła Nowaka, zamknęliby wreszcie marszałkowi-prezydentowi tę przyłbicę i chociaż na moment pozbyliby się kłopotów. Jeśli nie zamkną, jutro marszałek-prezydent gotów stwierdzić: czem chata oplata (np. o mackach PiS-u). Pojutrze: wart Pac, bo dopłaca (np. do służby zdrowia). A przed ciszą wyborczą: przybyłem, tak powiem, wystrzeliłem, zwyciężyłem.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)