Nie ma nic gorszego od zwycięstw połowicznych. Nie ma nic śmieszniejszego od polityków, którzy dają się nabierać bystrzejszym od siebie, chociaż ci bystrzejsi chcieli jedynie nabrać maluczkich. Marszałek-prezydent miał wygrać z tak wielką przewagą, że różnica mogłaby mu jednocześnie zapewnić władzę w Burundi. Część maluczkich, tych bez własnego zdania, haczyk połknęła, ale nieoczekiwanie połknęli go również partyjni zwolennicy marszałka-prezydenta. Że połknął go poseł Nowak, to mnie akurat nie dziwi. Co innego mógł poseł Nowak połknąć? Ewentualnie poseł Muchę, bo już na przykład taka poseł Kidawa-Błońska na pewno by się połknąć nie dała. Sama ma pretensje do połykania. No, chyba, że się mylę. Że połknął marszałek-prezydent, to rzecz zrozumiała. Uczynił to, ponieważ ma nadrozwinięte poczucie humoru. Że mogli połknąć inni, też dziwić nie powinno. Ale że połknął sam pan premier! Sam pan premier, z którym liczą się nawet w Burundi! Rzecz po prostu niesłychana. A może, przepraszam, ale zabrzmi to strasznie, pana premiera trochę jednak przeceniają? Gdyby to była prawda, powinniśmy się załamać. Załamać się i wyjechać do Burundi.
Kiedy wreszcie pan premier strawił przynętę razem z haczykiem, ocknął się, zasięgnął rady (oczywiście, pytał swoją szklaną kulę) i wymyślił (złośliwi powiedzą - wprowadził w czyn) nowy manewr. Manewr napoleoński. Pan premier jest z wykształcenia historykiem, zna więc zapewne rozprawę generała Camona i wie, jakich sztuczek powinien używać genialny strateg. Nowy manewr pana premiera ma szansę przejść do annałów sztuki strategicznej. Pan premier poprosił naród o wsparcie. Partia z narodem, naród z partią. To zdecydowanie słuszne hasło. Bez wsparcia narodu rządzić się nie da. Pan premier poprosił naród o "rok spokojnej pracy". Może zresztą pan premier o radę prosił nie tylko swą szklaną kulę, ale dodatkowo również generała, tego generała, nie generała Camona, bo generał Camon już nie żyje, może prosił generała, tego generała, który kiedyś też prosił o "spokój". Wprawdzie nie prosił o cały rok (nie był aż tak zachłanny), ale prosił.
Po co panu premierowi "rok spokojnej pracy"? By zrobić dla Polski "dużo rzeczy kluczowych w czasie kryzysu europejskiego". Czy to oznacza, że naród ma pracowaćc razem z panem premierem? Ależ skąd. Naród nie powinien się przemęczać. pan premier sam (no może z naszym ukochanym Colbertem, ministrem finansów, i z minister Piterą, bo bez niej nie można w Polsce podejmować żadnej pracy) wykona za naród pracę, ale musi mieć do tego odpowiednie warunki. Wiadomo, że gdyby one zaistniały wcześniej, pan premier już dawno wykonałby całą pracę (a nawet więcej pracy niż potrzeba), a wolny czas mógłby spożytkować, pomagając Burundi. Dotychczas odpowiednich warunków, niestety, nie miał. Jeśli jednak marszałek-prezydent obejmie funkcję kustosza żyrandoli, wówczas pan premier jeszcze bardziej zakasze rękawy i bez przeszkód oczyści stajnię Augiasza. Marszałek-prezydent jest warunkiem sine qua non (to z kolei podpowiada panu premierowi poseł Nowak) naszego dobrobytu. Bez niego, nawet jeśli nie będzie dużej wody (a ta, jak wiadomo, ma to do siebie, że spływa), potoniemy. Marszałek-prezydent dotychczas się wprawdzie przejęzyczał, stwierdził pan premier, ale w końcu kto się nie przejęzycza, a poza przejęzyczaniem marszałek-prezydent "nie oszukiwał ludzi".
Gdyby zaś zatryumfował rywal marszałka-prezydenta, posypią się plagi egipskie. Tego wprawdzie pan premier tak nie ujął (widocznie poseł Nowak spóźnił się z podpowiedzią), ale wyraził podobne intencje. Cóż to zresztą byłby za prezydent, który w ciągu 12 godzin stał się lewicowcem, kowbojem, ruso i germanofilem. Prosto skandał. Kaczyński przecież powinien być prawicowcem oraz ruso i germanofobem. Trochę z tym kowbojem pan premier przesadził, bo niby kim miałby Kaczyński być? Indianinem? A może pan premier wcale nie przesadził, tylko po prostu woli kowbojów i nie lubi Indian. Gdyby Kaczyński chciał jednak dogodzić panu premierowi (w końcu, skoro wojna polsko-polska ma zostać zakończona) i w ciągu najbliższych 12 godzin stał się prawicowcem, Indianinem, ruso i germanofobem, pan premier zmieniłby upodobania. A marszałek-prezydent? A, ten, to co innego. Pan premier nie wyobraża sobie, by marszałek-prezydent "wpiął sobie kolczyk w ucho". Ośmielę się zauważyć, że pan premier trochę z nas jednak żartuje. Gdyby mogło to zagwarantować dodatkowe głosy, marszałek-prezydent wpiąłby sobie kolczyk nie tylko w ucho. Ale, oczywiście, mogę się mylić.
Poczucie humoru, huraganowe poczucie humoru jest w szeregach PO widocznie czymś zaraźliwym. Pan premier coraz bardziej pozazdrości talentów marszałkowi-prezydentowi, bo i on uraczył nas doskonałą facecją. Powiedział, że Polsce z dwóch powodów nie grozi jedynowładztwo PO: za rok będą wybory parlamentarne, a obecnie strażnikiem wielowładztwa jest PSL. Porażka Waldemara Pawlaka doprowadziła do tego, że koalicjant nie zaprząta już sobie głowy pozorami - bez opamiętania kpi ze spadkobiercy Witosa i Mikołajczyka.
A redaktorowi Wrońskiemu niespodziewanie zdało się, że też ma dowcip porównywalny z dowcipem marszałka-prezydenta. Bo że ma inteligencję, wiedział wcześniej. Będzie głosował na Kaczyńskiego, gdy ten odśpiewa "Międzynarodówkę". Jeśli śladem red. Wrońskiego pójdą redaktorzy Wielowieyska i Turnau GW gotowa przemienić się w Szpilki, a to byłoby straszniejsze od zwycięstwa Kaczyńskiego.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)