Marszałek-prezydent, z wykształcenia historyk, zapewne męcząc się przy tym potwornie, naliczył (chyba, że podpowiedział mu to poseł Nowak) pięć twarzy Światowida. Jest to prawdziwe odkrycie, odkrycie na skalę, może nie światową i europejską, ale bez wątpienia na skalę krajową. Kiedy o tym usłyszałem, zacząłem się zastanawiać, co tym razem zawiodło? Ilość lat, które minęły od ukończenia studiów historycznych, czy niewłaściwe nauczanie podstaw matematyki w szkole, do której marszałek-prezydent uczęszczał w latach, gdy jeszcze nie chodził z dubeltówką? Zastanawiałem się długo, ale nie znalazłem satysfakcjonującej odpowiedzi. Od wiedzy historycznej mógł się marszałek-prezydent odzwyczaić, wszak od wieków zajmuje się polityką. Zawód polityk, to u niektórych naszych mężów stanu zawód dyrektor - jak u Barei. A matematyki może uczono go na zasadzie "zawsze dodaj jeden". Jeśli zatem marszałek-prezydent opowiada o twarzach Światowida, mówi o pięciu, jeśli o obliczach Janusa, mówi o trzech, jeśli o pracach Herkulesa, mówi o trzynastu, jeśli o nogach stonogi, mówi sto jedna, chyba, że przypadkiem wie, że stonoga ma mniej nóg, wówczas odpowiednio do ilości podaje własne wyliczenie. A o sobie samym marszałek-prezydent twierdzi, że nie musi się zmieniać, ponieważ zawsze był taki sam. Zawsze miał jedną twarz.
Marszałek-prezydent potrafi nas rozbawić i w inny sposób. Oto bowiem, razem z pięciolicym Światowidem, zaapelował do nas, do nas, czyli do narodu, o pięćset dni spokoju. Może zaapelował o pięćset a może jedynie o czterysta dziewięćdziesiąt dziewięć dni, jakie to zresztą ma znaczenie. I tak powinniśmy się cieszyć, że nie zaapelował o pięć tysięcy dni spokoju. Zaapelował o pięćset dni, chociaż pan premier apelował jedynie o rok. Rozbieżność można próbować wytłumaczyć na kilka sposobów: 1/ marszałek-prezydent uważa, że rok ma pięćset dni, ale to byłoby przypuszczenie nieuprzejme, 2/ marszałek-prezydent pozostaje w ostrym konflikcie z panem premierem o przywództwo w partii i sabotuje jego decyzje, ale to byłoby przypuszczenie zanadto rubaszne, 3/ marszałek-prezydent chciał zaapelować o rok spokoju, ale zaapelowało mu się inaczej (z NATO również nas wyprowadzał i dopiero później okazało się, że nas nie wyprowadzi), ale to przypuszczenie byłoby zbyt prostolinijne, 4/ marszałek-prezydent zaapelował, ponieważ do niego z kolei zaapelował poseł Nowak, a do posła Nowaka z kolei zaapelował pan premier, żeby udowodnić elektoratowi, czyli narodowi, że marszałek-prezydent w czymś się jednak z panem premierem nie zgadza, a więc jest politykiem samodzielnym, ale to przypuszczenie byłoby z kolei zbyt oryginalne, 5/ marszałek-prezydent niczego takiego nie powiedział, powiedziała to przebrana za marszałka-prezydenta pani Cugier-Kotka, która jest PiS-owską V, czyli według marszałka-prezydenta, VI kolumną w szeregach PO. Każdy może samodzielnie wybrać najbardziej przekonujące go rozwiązanie tej zagadki. Daniel Olbrychski zapewne wybierze najbardziej inteligentne, czyli to, które sam wymyśli.
Marszałek-prezydent musi wygrać wybory. Z co najmniej dwóch powodów: jest niepowtarzalny, a jego zwycięstwo przepowiedziały wróżki, które powiadomiły o tym Kazimierza Kutza, a Kazimierz Kuta nie omieszkał tę radosną nowiną przekazać narodowi, czyli elektoratowi. Naród, czyli elektorat, jakoś się z tym - prędzej czy później - pogodzi, czy pogodzą się z tym również żyrandole?


Komentarze
Pokaż komentarze (9)