capa capa
53
BLOG

Krajobraz po bitwie

capa capa Rozmaitości Obserwuj notkę 0

Tytuł nawiązujący jednocześnie do filmu i predyspozycji, nazwijmy je, intelektualno-emocjonalnych, reżysera Wajdy nie jest przypadkowy. A jeśli jest przypadkowy, tym gorzej dla przypadków. Z wyboru narodu, jak to ładnie określił marszałek, który został prezydentem, można się cieszyć, można się smucić, ale pozostaje on faktem, a z faktami się nie dyskutuje. Fakty można jedynie analizować. Cóż więc takiego się stało i co z tego wynika?

Pierwszy wniosek jest najłatwiejszy: to, co mówią kandydaci podczas kampanii, nie ma właściwie żadnego znaczenie. Przegranego nie ma sensu w tym tekście oceniać, nie on został prezydentem. Pozostaje zwycięzca. Zwycięzca wygłosił zaś tak absurdalny zestaw obietnic, że nie spełniają one nawet kryteriów marzeń. Śmiem przy tym twierdzić, że nikt (no, może z jakimiś nielicznymi wyjątkami) ich tak naprawdę nie słuchał. A właściwie słuchał, ale w ogóle nie brał pod uwagę. Decydowały, jak zwykle, emocje. Marszałek, który został prezydentem, został prezydentem, ponieważ niechęć (a to delikatne określenie) do Kaczyńskiego i PiS-u pozwoliłaby zwyciężyć również pani poseł Śledzińskiej-Katarasińskiej, nawet gdyby podczas debat pokazała się w stanie wskazującym na spożycie. Przy czym nie wolno zapominać, że jest to diagnoza odrobinę przekombinowana. Nie chodzi bowiem o strach czy niechęć racjonalne, ale o strach i niechęć wyimaginowane. Chodzi o strach i niechęć wmówione. Bez środków masowego przekazu nie sposób wygrać żadnych wyborów. Bez nich nie można też wyborcom niczego wmówić. To telewizja (w mniejszym stopniu prasa) wygrała dla marszałka, który został prezydentem, wybory, tak, jak wcześniej pozbawiła PiS władzy i utrzymuje PO na fali. Jeśli PO zawładnie mediami publicznymi, a przecież tylko ktoś dziecinnie naiwny mógłby sądzić inaczej, do "naszej" telewizji dołączy kolejną "naszą " telewizję i ... No, właśnie.

Co jeszcze pokazała kampania wyborcza? Nowe znaczenie słów. Nowe znaczenie, które albo nikomu nie przeszkadza, albo jest po prostu niedostrzegane. Ta druga ewentualność, a nie można jej wykluczyć, byłaby wprost przerażająca. Zgoda miała budować, zgoda budowała, zgoda będzie budować, ale przecież jednocześnie, głosząc hasło odchodzenia od dawnego języka, używano go. Z mniejszym natężeniem, to prawda (obawiając się, że zagrania zbyt nachalne mogą jeszcze na tym etapie zawieść), ale konsekwentnie i bez cienia zażenowania. Jeśli ta metoda nie przeszkadzała głosującym na marszałka, który został prezydentem, mamy do czynienia z trywializacją posuniętą do granic, a to, jak podpowiada historia, która wprawdzie niczego nie uczy, ale z której powinno się wyciągać wnioski, nieraz rodzi nieprzewidywalne reakcje. Jeśli zaś ta metoda nie została dostrzeżona przez większość (część) wyborców marszałka, który został prezydentem, mamy do czynienia, jakkolwiek niezręcznie to nie zabrzmi, z idiotami.

Na pewno zaś kampania pokazała podatność na głoszone przez polityków hasła. Poprzednio zabieranie babciom dowodów, teraz branie zaświadczeń uprawniających do głosowania w miejscu czasowego pobytu. To drugie, z pozoru wygląda niewinnie i powinno cieszyć, ale pod warunkiem, że dotyczy pogłębionej refleksji nad mechanizmami życia politycznego. Tak jednak nie jest. Kampania ożywiła też nierozłącznie z polityką związaną obłudę. Przeciwnik wychwalający Gierka powinien pójść do piekła, bo przecież terror lat siedemdziesiątych był porażający, marszałek, który został prezydentem, korzystający z poparcia generała, tego generała, i zabiegający (z powodzeniem, z powodzeniem) o poparcie młodszych szermierzy dawnej walki o wolność i demokrację, walczył o zgodę, by budowała. Księża angażujący się z ambon w kampanię Kaczyńskiego (twór w dużej mierze wirtualny, bo niby jak zwolennicy marszałka, który został prezydentem, mogli to sprawdzić, chyba że ... strach pomyśleć) powinni zostać napiętnowani, ale kardynał Dziwisz i podobnie doń myślący, którzy poparli marszałka, który został prezydentem, dołączyli do ludzi dobrej woli budujących zgodę. A może przy okazji popierali model wielodzietnej rodziny? 

Co teraz? Naiwne są komentarze dotyczące milczenia marszałka, który został prezydentem, nie dziękującego panu premierowi. Mówi się, że to może pierwsza jaskółka niezależności. Sancta simplicitas! Tryskający poczuciem humoru marszałek-prezydent, gdy jeszcze nie był marszałkiem, który został prezydentem, naśmiewał się z raportu składanego przez poprzedniego prezydenta bratu, nie wypadało więc (zdaję sobie sprawę, że w środowisku marszałka, który został prezydentem, nie jest to popularne słowo) nadziać się na podobne żarty. Ot, i wszystko. Pozbawione sensu są nadzieje na jakiekolwiek reformy przeprowadzane przez rząd, który ma wreszcie swojego prezydenta (w telewizji cały batalion ekspertów już zdążył to powtórzyć, bo każdy słucha - jak to eksperci - co mówi poprzednik). Zwłaszcza że o nich mówią sami przedstawiciele PO. Ci bowiem od dawna przyzwyczaili już co bardziej bystrzejszych, że jak coś obiecują, to możemy spać spokojnie. Zwolennicy rządzących reform nie potrzebują (każdy może sam dopowiedzieć, dlaczego), a rządzący... Cóż, też ich nie potrzebują, a nie sposób wykluczyć, że nawet gdyby potrzebowali, nie wiedzieliby, jak się zabrać do rzeczy. 

Język będzie nadal okaleczał. Będzie okaleczał jeszcze bardziej, bo okazał się skuteczny. Wystarczyło ogłoszenie zwycięstwa i już się zaczęło. Przy czym nie chodzi o tych, którzy posługują się podobnymi metodami. O nich nie warto w tej chwili mówić. To zwykli komiwojażerowie. Problemem są ci, którzy komentują, że nie odpowiada im słownictwo, ale przecież ...  Największy prostak, ale taki zwyczajny, który nigdy nie stał przed kamerą, nigdy by sobie na coś takiego nie pozwolił. Gdyby zaś sobie jednak pozwolił, nazajutrz czułby zwyczajny niesmak. A to oznacza, że istnieją więksi prostacy od prostaków największych. Ci wstydu nie mają. To jest coś gorszego od niespełnianych obietnic, od mamienia, wygadywania andronów, niekabaretowej śmieszności. Czy przynajmniej wstydzą się za nich bliscy?

Na tym, niestety, nie koniec. Oto kapłan, telewizyjny co prawda, ale jednak kapłan, któremu nie odpowiada miejsce, w którym stoi krzyż prezydencki. Nie pierwszy to kapłan, któremu nie odpowiada miejsce zajmowane przez symbol Męki Chrystusa, ale w kraju, który wydał papieża, no, no, no. Czyli, używając języka tak bardzo w pewnych sferach życia publicznego popularnego, krzyże, won do świątyń! Ostatecznie na rozstaje dróg. Inny kapłan, zdecydowanie mniej telewizyjny, przekonuje, że katolik nie ma obowiązku głosowania na katolika. Toż to oczywiste. Właściwie można by zaryzykować, że katolik powinien głosować na muzułmanina, wyznawcę politurowanych mebli czy znoszonych pantofli, byle nie głosował na katolika. Chyba, że ów katolik jest takim trochę niekatolickim katolikiem. Dzieci Vaticanum II?

Zawiedzionym wynikami wyborów i rysującymi się perspektywami radziłbym wyjazd do Burundi, ale jest drobny szkopuł - tam przyjęto by jedynie zachwyconych wynikami wyborów i rysującymi się perspektywami. Prawdziwa kwadratura, a właściwie, jak zapewne powiedziałby marszałek, który został prezydentem, w czasie, gdy był marszałkiem-prezydentem, sześciatura koła. 

capa
O mnie capa

"Jestem jak harfa eolska, która wyda kilka pięknych dźwięków, ale nie zagra żadnej pieśni."

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości