obywatel cohen obywatel cohen
108
BLOG

CHOROBA ZAWODOWA DZIENNIKARZY PRZENOSZONA DROGĄ UMYSŁOWĄ

obywatel cohen obywatel cohen Rozmaitości Obserwuj notkę 7

 

 

 

     Mają górnicy „swoją” pylicę, nauczyciele nerwicę wegetatywną, politycy schizofrenię (zazwyczaj równocześnie są za, a nawet przeciw), ludzie showbusinessu wszelkiego rodzaju zaburzenia osobowości. Każda grupa zawodowa narażona jest w szczególny sposób na określoną jednostkę chorobową, zwaną chorobą zawodową. Nie ma więc powodu, by sobie właściwej choroby nie mieli dziennikarze, zwłaszcza że ich praca ma coś wspólnego z każdą z wyżej wymienionych, no może z wyjątkiem kopalnictwa.  Przywołam tu też, ale tego wątku nie będę rozwijał, często spotykane skojarzenie żurnalistyki z tzw. „najstarszym zawodem świata”, co tu dużo mówić, profesją szczególnego, podwyższonego, ryzyka. Zrozumiałe, że nie każdy parający się zawodowo jakąś czynnością jest nieuchronnie skazany na towarzyszące jej patologie. Coś niecoś zależy od przypadku, wiele od nasilenia szkodliwych warunków, długotrwałości ich oddziaływania, no i indywidualnych predyspozycji, osobniczej odporności organizmu.

     Cóż więc za robak toczy środowisko dziennikarskie? Co mu najbardziej zagraża, co nielicznych hartuje, a wielu (niech wreszcie jakiś doktor zbada, jak wielu) zawodowo degeneruje? Alkoholizm? – staromodne, cynizm, rutyna? –banalne, oportunizm? – ciepło, ale płytko. Spróbujmy pogłębić to zagadnienie, spróbujmy wyodrębnić i nazwać chorobę zawodową dziennikarzy.

    Dziennikarze, ludzie wykształceni, aktywni i z natury rzeczy intelektualnie wrażliwi i otwarci, pełnią w społeczeństwie arcyważną misję upubliczniania faktów, zdarzeń, poglądów i idei. Gdyby abstrahować od wszelakich realiów, powinni być misjonarzami nie tyle dobrej nowiny, ile po prostu prawdy – jaka by nie była. W kategoriach świeckich oznaczałoby to, ni mniej ni więcej, tylko to, że dziennikarstwo powinno być traktowane jako wolny zawód, „wolny” od jakiejkolwiek presji, mogącej wypaczać obiektywizm i rzetelność informacji. Rzecz jasna, jest to skrajnie idealistyczne założenie, mające niewiele wspólnego z rzeczywistością. Pytanie, czy dziennikarstwo w ogóle kiedyś było mitycznym wolnym zawodem. Może jedynie w zamierzchłych czasach przedideologicznych. Potem już w tym samym stopniu, co opisowi świata służyło jego ideologicznej interpretacji. Wielu z nas doskonale pamięta jeszcze okres, kiedy to między dziennikarstwem a propagandą w zasadzie nie było różnicy i nie dość, że nie miało ono wtedy nic wspólnego z „wolnym zawodem”, to prawdopodobnie zasługiwało na miano zawodu najbardziej zniewolonego. Współcześnie, choć przez nikogo nie zadekretowana, obowiązuje polityczna poprawność - wykastrowana, pozbawiona totalitarnego jądra, dopasowana do współczesnych wyobrażeń o postępie, pozostałość po dwudziestowiecznych lewicowych ideologiach. Tak, jak w minionym wieku to polityka narzucała mediom ideologię, tak teraz ciasne ramy politycznej poprawności zakreślają najbardziej wpływowi medialni macherzy. Politycy świadomi swojego niewolniczego uzależnienia od czwartej władzy, chcąc nie chcąc, coraz chętniej pozwalają się w te ramy wtłaczać, upatrując w tym warunek konieczny dla osiągnięcia jakiegokolwiek realnego sukcesu, czy wręcz istnienia w sferze publicznej.

    Jak w tym wszystkim odnajdują się dziennikarze? Ano, jak przystało na ludzi inteligentnych, odnajdują się doskonale. Wielu, chyba większość, bez skrupułów odrzuciło rojenia o dziennikarstwie jako misji i, podporządkowując się interesom medialnych korporacji, realizują ich zadania biznesowe, czy polityczne. Tego się od nich wymaga, z tego są rozliczani. Płyną więc całą kupą, niesieni przez główny nurt politycznej poprawności, zdając sobie sprawę, że wszystko, co poza nim, to tylko nisza. Swój profesjonalizm wiążą raczej z lojalnością wobec pracodawcy niż odbiorców, a tym bardziej zasad etyki dziennikarskiej. Co z tego, że stają się zaledwie funkcjonariuszami nieprzejrzystych struktur o niejasnych, często wręcz podejrzanych celach, skoro alternatywą może być upadek w czeluść zawodowej czarnej dziury, literacko nazwanej „doliną nicości”. Poprawność polityczna jest od nich wymagana w tym samym stopniu, co umiejętności warsztatowe. Można powiedzieć, że dziś to jeden z podstawowych elementów dziennikarskich kwalifikacji. Zresztą, dla większości młodych, wychowanych już w realiach rynkowo-demokratycznych to rzeczywistość sama przez się zrozumiała, chciałoby się powiedzieć: wyssana z mlekiem matki. Kto miał im bowiem wpajać pojęcia dziennikarskiej niezależności i krytycyzmu?- Za przeproszeniem, tuzy popeerelowskiej żurnalistyki zawsze na służbie, giganci spod znaku TVP i tygodnika „Polityka”? No ewentualnie mogli przejść przez szkołę „Gazety Wyborczej”, gdzie programowo nauczono ich mylić szacunek dla autorytetów ze środowiskowo-towarzyskim bałwochwalstwem.

    Oczywiście rynek domaga się atrakcyjnego towaru, dlatego dominujący poprawny przekaz, z natury mdły i bezpłciowy, wręcz wymaga urozmaicenia przez odpowiednio dozowane i prezentowane treści kontrowersyjne. Ten rynkowy wymóg póki co pozostaje racją istnienia dla niepoprawnego marginesu w mediach, a w nim dla niepoprawnych osobowości. Inna sprawa, na ile ich niepoprawność jest autentyczna, a na ile cynicznie wykalkulowaną odpowiedzią na zauważone zapotrzebowanie.

    Powie ktoś, a cóż złego w politycznej poprawności? W czym problem? Owszem, hipotetycznie można założyć, że jej kreatorzy, uniwersytecka elita, najbardziej wpływowi myśliciele i poważani twórcy kultury tym razem się nie mylą i proponują szerokim masom jedynie słuszną ideę. Mało tego jest wielce prawdopodobne, iż wielu dziennikarzy z pełnym przekonaniem tak ją właśnie postrzega, bo bliska jest ich życiowym doświadczeniom i preferencjom. Tyle że prawem naukowców i artystów jest błądzić, a obowiązkiem dziennikarzy wątpić i zadawać niewygodne pytania. Dlatego utożsamiając się bezkrytycznie z jakąkolwiek ideologią, gwałcą podstawowe zasady swojej profesji – rezygnują z obiektywizmu, z neutralnego dystansu do zjawisk i ludzi. I nie ma znaczenia, czy robią to z przekonaniem, czy bezwiednie. W pierwszym przypadku redukują swój status do roli funkcjonariuszy, w drugim – użytecznych idiotów.

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Rozmaitości