124 obserwujących
836 notek
1089k odsłon
  106   0

Obywatele bez głosu, część II

Niezależnie od intensywności nagłośnienia Obywatelskich Inicjatyw Ustawodawczych, ich losy są zależne od nastawienia aktualnie rządzącej ekipy politycznej i układu sił w parlamencie.

I tak np. Obywatelska Inicjatywa Ustawodawcza Na Rzecz Przywrócenia Funduszu Alimentacyjnego była projektem konkurencyjnym wobec rozwiązań zaplanowanych przez większość parlamentarną i rządzących za czasów Sejmu IV kadencji. Doprowadziło to m.in. do tego, że jej pierwsze czytanie w Sejmie odbyło się w ostatnim dopuszczalnym terminie, a komisje sejmowe, do których została skierowana, przewlekały termin jej rozpatrywania. Brak poparcia wśród większości parlamentarnej i w rządzie (a zatem brak nacisku na przyspieszenie i pomyślny przebieg procesu legislacyjnego), skazuje obywatelskie projekty na niepowodzenie. Decydujące – o ile ustawa nie jest źle skonstruowana, nie zawiera błędów formalnych – okazuje się być nastawienie rządzących, którzy na podstawie własnych interesów politycznych oceniają korzyść, jaką przynosi im dany projekt obywatelski.

Wola obywateli – a pod wieloma wspomnianymi projektami zebrano zdecydowanie więcej niż przewiduje i tak ogromny próg wymaganych 100 tysięcy podpisów – traci znaczenie, zostaje natomiast wkomponowana w interesy partyjne. Te ostatnie, często na wyrost, określane są mianem „woli politycznej” jako element bardzo trudnej i wymagającej znacznego wysiłku gry o własne zamierzenia i cele. Jedyne, co w tej sytuacji można zrobić, to spróbować pogodzić interes publiczny z partyjnym, tak by obu stało się zadość. Nietrudno spostrzec, że w takim przypadku wiele znaczy fakt, czy politycy w ogóle mają wolę, by utożsamić się z projektem obywatelskim, czy są faktycznymi reprezentantami społeczeństwa, czy jedynie – członkami wyobcowanej klasy politycznej, która lepiej wie, co konkretnym grupom potrzebne jest do szczęścia.

Jak widać z powyższej analizy poszczególnych projektów ustaw, te, które stoją w konflikcie z interesami rządzącego ugrupowania, zdają się im nie przedstawiać sobą żadnej realnej wartości. Można z tego wyciągnąć ostateczny i najbardziej radykalny wniosek, że stanowią jedynie formę rytuału, koniecznego dla konserwacji fasady demokracji przedstawicielskiej. Z drugiej strony, przyjęcie do wiadomości faktu, że mnogość interesów politycznych i ekonomicznych, na które nakładają się interesy personalne i koteryjne – nie można wszak zapominać np. o zakulisowych i często niejasnych działaniach lobbystów, którym nie zależy na „dobru społecznym” – zmusza do uznania reguł tej gry i znalezienia się w nich. Wówczas trzeba raczej wrócić do źródeł demokracji przedstawicielskiej i świadomie wybierać własnych reprezentantów politycznych, by później móc korzystać z ich faktycznego, nie zaś jedynie deklarowanego poparcia.

Udaną – lecz w świetle tego, co powiedziano wyżej wciąż dwuznaczną – próbą przeprowadzenia takiej strategii jest historia obywatelskiego projektu ustawy o ograniczeniu przemocy w mediach. Pomysł narodził się w Przemyślu, pod koniec 1999 r. – „Była to przede wszystkim inicjatywa rodziców, którzy chcieli przeciwdziałać coraz bardziej bezpośredniemu adresowaniu do dzieci i młodzieży pełnych przemocy, obsceniczności i wulgaryzmów filmów, programów, prasy i gier komputerowych” – mówi Lucyna Podhalicz, pełnomocnik Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej ds. ograniczenia przemocy w mediach, obecnie przemyska radna z ramienia PiS. Pod projektem ustawy zebrano ponad 200 tys. głosów. W pracach nad nim uczestniczyli m.in. eksperci Uniwersytetu Jagiellońskiego (Instytut Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych, Instytut Psychologii Stosowanej, Instytut Prawa i Własności Intelektualnej), Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i Wyższej Szkoły Biznesu WSB-NLU. Zdaniem twórców i promotorów ustawy, miałaby ona w sposób szczególny chronić małoletnich, którzy dopiero uczą się umiejętności krytycznego odbioru przekazywanych treści i są szczególnie podatni na sposób formacji, jaki prowadzą media.

W styczniu 2003 r. odbyło się pierwsze czytanie projektu. – „Prowadzenie projektów obywatelskich nie jest łatwe. Taka jest specyfika ustawy o wykonywaniu inicjatywy ustawodawczej przez obywateli i każdy, kto decyduje się na wprowadzenie projektu ustawy pod obrady Sejmu taką właśnie drogą, powinien dobrze zastanowić się nad strategią działania” – twierdzi p. Podhalicz. Komitet miał oparcie w klubie parlamentarnym Prawa i Sprawiedliwości, na wniosek którego 10 stycznia 2002 r. projekt trafił do Komisji Kultury i Środków Przekazu, Komisji Polityki Społecznej i Rodziny, Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka. W grudniu 2004 r. wyłoniono podkomisję nadzwyczajną do rozpatrzenia projektu. Przewodniczącą została posłanka Socjaldemokracji Polskiej, Mirosława Kątna, zastępcą – poseł Tadeusz Cymański z PiS. W komisji znaleźli się też przedstawiciele Rzecznika Praw Obywatelskich, Rzecznika Praw Dziecka, Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Ministerstwa Sprawiedliwości, Ministerstwa Kultury, Ministerstwa Edukacji i Sportu oraz Ministerstwa Zdrowia. Jak przyznaje Lucyna Podhalicz, kłopotem było znalezienie złotego środka pomiędzy innowacyjnością projektu a koniecznością wpisania go w obowiązujący system prawa.

Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale