w 1960 na dach stodoły w Łukawcu opadł motyl wielkości obu dłoni dziecka. jego odwłok miał wielkość, co najmniej serdecznego palca. patrzyłem urzeczony, wielkość tego skrzydlatego, pięknego stworzenia była niezwykła. latem na wsi pełno było motyli białych i żółtych, i takich nazywanych pawie oczko, wielkości małego liścia, czasem dwóch liści. ten motyl był ogromny. widać było, że jest zmęczony i chyba już nie poleci dalej. patrzyłem na pastelowe kolory skrzydeł, które co chwila składał i rozkładał. w pewnym momencie rozłożył je i tak pozostał. leżał na skraju dachu, na szarej cementowej dachówce. wspiąłem się po węgłach (złożenia belek) i wziąłem go do ręki. leżał teraz na mojej dłoni. popatrzyłem na niego z bliska i chyba patrzyłem mu w oczy. wziąłem kawałek drzazgi leżącej na ziemi obok pieńka do rąbania drzewa. wbiłem drzazgę w odwłok i podrzuciłem motyla na dach. potem zacząłem rozdzierająco płakać. Babcia i Dziadek próbowali mnie uspokoić, uciszyć. pewnie im się to udało. ja jednak do tej pory gdzieś tam w sobie płaczę. nie wiem i nie rozumię dlaczego wbiłem drzazgę. czy wiedziałem, że umiera i próbowałem skrócić to umieranie, czy to był przejaw pierwotnego zła w człowieku.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)