J. Piłsudski zdjęty z cokołu
NIE MA JEDNEGO PIŁSUDSKIEGO. JEST DWÓCH PILSUDSKICH: JEDEN PRZED- I DRUGI PO-MAJOWY.
0 obserwujących
14 notek
2565 odsłon
  183   2

Ni z tego, ni z owego…

Dzień 11 listopada, jako rocznica odzyskania przez Naród Polski niepodległego bytu państwowego i jako dzień po wsze czasy związany z wielkim imieniem Józefa Piłsudskiego, zwycięskiego Wodza Narodu w walkach o wolność Ojczyzny – jest uroczystym Świętem Niepodległości. (Ustawa z 23 kwietnia 1937)

Od tego czasu datuje się okres Wielkiej Mistyfikacji w polskiej historiografii, który, z krótszymi (II wojna światowa), lub dłuższymi (okres PRL) przerwami, trwa właściwie do dzisiaj (po transformacji ustrojowej –  ustawą z dnia 15 lutego 1989 r. – dzień 11 listopada został ponownie ustanowiony Narodowym Świętem Niepodległości).

image
A zaczęło się od kłamstw.  Jędrzej Moraczewski, drugi (pierwszym, krótko, był Ignacy Daszyński) premier rządu powołanego przez Piłsudskiego, tak pisał:
"11 listopada wrócił nareszczie po półtorarocznej niewoli do Warszawy komendant Józef Piłsudski. Po entuzjastycznym powitaniu przez niezliczone tłumy, oblegające Dworzec Wileński, zabrał się Komendant natychmiast do pracy. Odbył dłuższą naradę z Radą Regencyjną, której wynikiem było ustąpienie regentów i oddanie całej władzy w ręce Piłsudskiego".

I tu minął się z prawdą, bowiem Piłsudski przyjechał do Warszawy 10 listopada i nie witały go “tłumy”, tylko wystraszony ogólną sytuacją członek Rady Regencyjnej, książę Zdzisław Lubomirski i kilkuosobowa grupa działaczy POW z Adamem Kocem na czele.  Z biegiem czasu powstał mit, że Wódz powrócił zdeterminowany, aby przejąć władzę, która – jak to określił prof. Andrzej Garlicki – 11 listopada “leżała na ulicy,”a dokładniej na ulicy Moniuszki. A Piłsudski, jako przykładny obywatel, z tejże ulicy ją podniósł. Sam tak to opisał: "Po przyjeździe moim z Magdeburga zastałem wszystkich Polaków w nieświadomości tego, co czynić należy. Każdy miał gotową receptę działania, w którą zresztą nie wierzył. Pomimo to wszyscy receptarze kłócili się wzajemnie. Jeśli pan sądzi, że  ja wtedy wiedziałem, co należy przedsięwziąć, to pan się myli. I ja też nie wiedziałem, ale byłem na tyle mądrym, że z tej nieświadomości mojej przed nikim się nie zdradziłem. Dlatego oddziaływałem na psychikę ludzką, wpajając przekonanie, że skoro milczę, to wiedzieć muszę". [J. Piłsudski, Myśli, mowy i rozkazy]

I inna wypowiedź:  "W listopadzie 1918 r. stał się wypadek bynajmniej nie historyczny, ale taki sobie, zwykły. Z Dworca Wiedeńskiego przeszedł przez ulicę Marszałkowską na ulicę Moniuszki człowiek, którego nazywali Józefem Piłsudskim. W przeciągu kilku dni , bez żadnych koncesji, czy to leśnych, czy jakichkolwiek innych, stał się fakt najzupełniej niezwykły. Człowiek ten stał się dyktatorem. […] Dano mi wszystko do rąk". [z przemówienia w lipcu 1923 r.]

Aleksandra Piłsudska w swoich Wspomnieniach napisała, że " został dyktatorem z woli ogółu", co było oczywistą nieprawdą, gdyż został nim z woli niemieckiego gubernatora Warszawy – Hansa von Beselera, który, gdy Piłsudski przebywał jeszcze w Magdeburgu, mianował trzyosobową (książę Zdzisław Lubomirski, arcybiskup Aleksander Kakowski i hrabia Józef Ostrowski) Radę Regencyjną, której przekazał władzę, a sam pospiesznie małym stateczkiem salwował się ucieczką Wisłą do Gdańska.

Ową Radę, czującą już na plecach oddech bolszewickej rewolucji, władza zaczęła parzyć w ręce, więc niecierpliwie wyczekiwała przyjazdu Piłsudskiego, by się jej jak najszybciej pozbyć.

Powrót Komendanta początkowo utrzymywany był w tajemnicy, nie wiedziała o niej prasa i dlatego przed dworcem kolejowym nie było ani jednego dziennikarza ani fotografa.  Zdjęcie umieszczane we wszystkich publikacjach, pokazujące witające go tłumy, zrobione było (przez  Mariana Fuksa) dwa lata wcześniej, a ściślej 12 grudnia 1916 r., kiedy to J. Piłsudski przyjechał na rozmowy z członkami Tymczasowej Rady Stanu.  Czyli, używając żargonu w stylu Marszałka, “Pic na wodę – fotomontaż”.

image

Przyjazdu nie udało się długo ukryć, toteż wkrótce zaczęły się owe “tłumy” zbierać i Piłsudski zmuszony był do nich przemówić.  Przemowa była krótka, bowiem nie był na taką ewentualność przygotowany, więc wykpił się chorobą. Wyszedłszy na balkon pałacyku należącego do ks. Lubomirskiego, gdzie się zatrzymał, odezwał się  słowami:

"Obywatele!  Warszawa wita mnie po raz trzeci. Wierzę, że zobaczymy się niejednokrotnie w szczęśliwszych jeszcze warunkach. Zawsze służyłem i służyć będę życiem swoim, krwią Ojczyźnie i ludowi polskiemu. Witam Was tak krótko, gdyż jestem przeziębiony; bolą mnie gardło i piersi".

Następną mistyfikacją jest przypisanie Piłsudskiemu sentencji o “czerwonym tramwaju”, która brzmiała: "Towarzysze, dojechałem czerwonym tramwajem socjalistycznym do przystanku “Niepodległość” i przy nim wysiadłem. Wy, jeżeli chcecie, możecie jechać dalej, aż do ostatniej stacji, ale odtąd, proszę, zwracajcie się do mnie przez >Pan<”.  Piłsudski nigdy tych słów nie wypowiedział i jeszcze długo z owego tramwaju nie wysiadał, aż dojechał do pętli w Sulejówku w 1923 roku. Zostały one wymyślone i włączone do tworzącej się właśnie jego legendy przez znanego z ciętego języka publicysty, Adolfa Nowaczyńskego.

Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale