Uwielbiam kipiące, bezsenne miasta, kulturę handlu i jedzenia na ulicy. Kto był miastach Azji wschodniej, ten nie wie, że to najlepsze żarcie pod słońcem i księżycem. Są, także w Europie, miasta stanowiące apoteozę życia, są też takie, które na nic nie pozwalają, bo związki, bo cisza, bo trawa, bo spokój.
A jakie jest moje miasto?
Moje miasto walczy z handlem. Moje miasto ma w swoim centrum całe ulice marmurowych banków. Handel wyrzuciło wstydliwie na obrzeża, do wielkich hal, gdzie cudzoziemscy właściciele wystawiają swoje towary. Tysiące słupków nie pozwalają wjechać na chodniki mojego miasta ani wozom dostawczym ani nawet ambulansom wyższej użyteczności. W moim mieście najgorszym wrogiem jest babina z pietruszką. Walczą z nią setki zbrojnych gwardzistów, wspieranych przez ukryte kamery. Takie, psia kość, jest moje miasto... stołeczne.
Kolejne władze „walczą z nielegalnym handlem i porządkują przestrzeń miasta”. Szczękoblaszakowcy i łóżkopolowcy polegli po ciężkich bojach. Tworzyli zalążki kapitalizmu i klasy średniej, ale widocznie nie mieli na to papierów. Kupcy z blaszanej hali, zostali wyparci trującym gazem. Teraz hala może sobie spokojnie stać pusta. Nic się tam nie dzieje. Ja to się nawet mogę cieszyć, bo wygrałem zakład, że tak będzie. Obecnie, miłościwie nam panująca HGW walczy z bazarami. Bazary są brzydkie i jakieś takie nieeuropejskie. Chyba też znikną. Mają je zastąpić targi jednodniowe, jak w Paryżu. Szkoda tylko, że nie zarabiamy tyle co Paryżanie, i wciąż nie zwrócono nam naszych domów.
Przez kilka miesięcy ubiegłego roku, codziennie od świtu do nocy, mocno zbudowani młodzieńcy w mundurach strażników miejskich przeganiali handlarki spod Hali Mirowskiej. Naprawdę, jedynym zajęciem tych opłacanych z naszych podatków pracowników było usuwanie babć, które w tym miejscu działają sobie pokątnie od zawsze. Nikt nie wie czy wciąż te same, czy jakoś tam przemienne pokoleniowo, te charakterystyczne dla Warszawy typy miejskie były malowane i opisywane literacko już w XIX w.
„Pan się pytasz o kartofle, kochaniutki? … a to po złoty piendziesiont, bo dla tych, co pytajom o ziemniaki, Warszawiaki jedne […] ich mać spod Grójca, to po dwa. – Nic nie zmyślam, to prawdziwy tekst, i naprawdę byłem jego adresatem.
Niestety, HGW, Hania Nasza Kochana, tercio voto Bufetowa, członkini Ruchu Odnowy w Duchu Świętym, a więc katoliczka, czuła na troski zwierząt i ludzi, żelaznymi rózgami przegoniła moje babcie, zdawało się nieodwołalnie. I przez kilka miesięcy ich nie było, pozostał tylko brudny chodnik. A wczoraj, patrzę, razem z wiosną wróciły. Przyszły i SĄ. Kupiłem wiejskie masło (uhmmm, jakie pyszne) i gomółkę sera za trzy złote (w sklepie minimum sześć i nie ta jakość) i jeszcze jakieś smętne kwiatki, na cześć odnowy życia w duchu wiosny.
Babcie sprzed Hali Mirowskiej, cudowne, kochane, nieujarzmione. Jesteście jak bocian z seksmisji - znakiem, że wciąż jeszcze możemy żyć. I ja w Was wierzę. Przetrwałyście Hitlera, Stalina i Breżniewa, to przetrwacie jakoś i „te demokracje”.
Komentarze
Pokaż komentarze (6)