Wczorajsza [10.08] GW radośnie donosi: „Od 8 stycznia 2009 r. Polacy mogą łączyć emeryturę z pracą bez konieczności zwalniania się z dotychczasowego zakładu. Wprowadzając to udogodnienie, rząd Donalda Tuska tłumaczył, że chce zwiększyć aktywność zawodową osób po pięćdziesiątce.[…] Z przywileju korzysta 50 tys. Polaków” […] Resort pracy chce się teraz z tego rozwiązania wycofać. Poinformowała o tym w czwartek jego szefowaJolanta Fedak.[…] Ministerstwo uzasadnia, że "w warunkach kryzysu gospodarczego gwałtownie spada liczba miejsc pracy, co wymaga podjęcia działań zmierzających do odzyskania miejsc pracy, które obecnie zajmowane są przez emerytów" [wytłuszczenia w cytacie moje – d.k.]
Ministerstwo Pracy zatem, przy pomocy jakiegoś niegramotnego urzędnika, przekazuje nam komunikat o idei prowadzenia polityki zatrudnieniowej, poprzez nie wypłacanie świadczeń emerytalnych woluntarystycznie wybranej części ubezpieczonych. Uważam, że jest to zapowiedź nierówności prawnej, a świetle logiki zreformowanego systemu emerytalnego zamysł najzupełniej nonsensowny.
Przepraszam, ale po tej rządowej nowomowie czeka nas jeszcze trochę historii, tak w telegraficznym skrócie. Na początku (tj. nieco ponad sto lat temu) powstające systemy emerytalne były oparte wyłącznie na składkach zatrudnionych. Zakładano, że nie będą w żaden sposób skorelowane z budżetami państw. Niestety, po drugiej wojnie światowej demokratyczni politycy zmienili tę zasadę na repartycyjną (solidaryzmu pokoleń). Oznacza ona, finansowanie obecnie wypłacanych emerytur ze składek, a nawet z podatków, osób aktualnie pracujących. Po 1989 r. Polska musiała przyjąć system repartycyjny ponieważ po PRL, nie pozostały fundusze emerytalne pełne zasobów. Można było je próbować utworzyć poprzez prywatyzację, ale zrezygnowano z tego pomysłu. Zasada repartycyjności (sama w sobie diabelnie nieuczciwa, lecz wprowadzana w warunkach, gdy wojna pochłonęła wszelkie dawne środki) spowodowała, że politycy dostali do ręki cudzą zabawkę.
Polska reforma systemu i utworzenie Otwartych Funduszy Emerytalnych po trosze zrywa z tą zasadą. Obecnie każdy ma sobie sam oszczędzać na emeryturę na osobistych kontach w ZUSie oraz w wybranym funduszu. Zmiana, co prawda, w mniejszym stopniu dotyczy pierwszego filaru, gdyż tu nadal wedle „umowy pokoleniowej”, nasze składki nie są inwestowane dla nas, jednak ogólna zasada związania świadczenia z kontami indywidualnymi była dla tej reformy kluczową. Po to m. in. ją robiono.
Emerytura, w obowiązującym obecnie systemie zależy odwysokości kapitału zgromadzonego przez ubezpieczonego. Aby z niej skorzystać wystarczy osiągnąć odpowiedni wiek oraz posiadać własne konto w ZUSie i zgromadzone na nim środki (w przypadku tzw. starych emerytur, niezbędne jest jeszcze przepracowanie określonego okresu pracy). W związku z tym nazwanie możliwości otrzymywania emerytury niezależnie od innych czynników przywilejem, jest niewłaściwe. Przywileje emerytalne mogą dotyczyć osób, które za wyjątkowe zasługi, otrzymują świadczenia powiększone o dodatkowe środki z jakiegoś funduszu specjalnego.
Możliwość pracy na emeryturze, którą redaktor GW nazwał „udogodnieniem” i „przywilejem”, wynika z logiki obecnego systemu. Skoro mam środki na zusowskim koncie i ustawowy wiek, to po prostu emerytura mi się należy, czy ktoś tego chce czy nie. Jedyną, w moim pojęciu, możliwością jej niewypłacania byłoby ustawowe podniesienie wieku emerytalnego lub ogłoszenie bankructwa całego systemu. Natomiast to, czy jeszcze pracuję, czy piję na umór, czy opalam się na Hawajach, czy pilnuję krzyża pod którymś z pałaców, nie powinno nikogo z ZUSu, OFE ani Ministerstwa Pracy interesować. Tak jak nie interesuje ich (mam nadzieję) kolor moich oczu i majtek. Mam nadzieję, że pani Minister będzie musiała jeszcze przemyśleć sposoby „odzyskiwania miejsc pracy”.
W miarę powiększania się długu emerytalnego naszego państwa, czyli głównego elementu sławnego „ukrytego” deficytu budżetowego, będziemy mieli zapewne więcej takich „kwiatuszków” administracyjnych i prawnych.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)