Jeśli ktoś przypadkiem nie pracuje w handlu, może nie mieć świadomości, że cała Polska właśnie się przemetkowuje, zmienia dokumenty, kupuje nowe programy księgowe, przeprogramowuje kasy fiskalne i klnie ustawodawcę w żywy kamień. Jest to praca tytaniczna (włącznie z klątwami), skoro niemal wszystko co kupujemy musi mieć zmienioną cenę i dokumenty. Dla mnie oczywiście najważniejsza jest sprawa VAT-u na książki. Pisałem o tym "na Salonie", gdy groził nam VAT 22-procentowy. Przedwczorajsza notka PAP-owska sporo wyjaśnia. Nie powielam informacji w niej zawartych, poniżej zaledwie zestaw komentarzy do niej, ukazujący opisaną sytuację od środka.
Dotychczas obowiązywała trochę niejasna i niepewna stawka zerowa. Naturalnie książka, z numerem ISBN trafiała do księgarń z tą stawką. W produkcji było już różnie. Jedne drukarnie otrzymywały z izb skarbowych interpretacje, że dla druku książek, przewidziana jest stawka zerowa, inne zaś dowiadywały się, że ciąży na nich obowiązek naliczania 22% VAT-u jako, że wcale nie produkują książek, lecz świadczą jedynie usługę ich druku. Oczywiście wydawcy mogli sobie potem ten zafakturowany przez drukarza VAT odliczyć, lecz najpierw trzeba go było zapłacić. Łatwo pojąć, że drukarnie, które trafiły na łaskawszego urzędnika miały łatwiejsze życie i więcej klientów. Sprawa ta przez lata nie znalazła obowiązującego wszystkich wyjaśnienia i zapewne część drukarni będzie teraz liczyć VAT 23-procentowy a inne tylko 5-procentowy.
Niemal co rok walczyliśmy o utrzymanie stawki zerowej na książki. To rozwiązanie okazało się niemożliwe, podobno z powodu dyrektyw unijnych. Wielka Brytania i Irlandia, co prawda wciąż stosują stawkę zerową i nie zamierzają tego zmieniać, ale widać Unia jest na nas bardziej zajadła. Gdy środowiska wydawców i bibliotekarzy zaproponowały wspólnie, żeby skoro już podniesienie stawki podatku na książki jest naprawdę nieuniknione, to niechże chociaż uzyskane środki zasilą biblioteki, które uzyskają w ten sposób możliwości robienia zakupów. (Na zakupy książek do bibliotek Polska wydała w 2009 r. zaledwie 90 groszy na 1 mieszkańca i ta kwota, która zmniejsza się z roku na rok, jest nieporównywalna z wydatkami krajów „starej Unii”). Na to Ministerstwo Finansów odpowiedziało logicznie, że (cyt. z pamięci) nie po to ustanawia się podatki, żeby potem zebrane pieniądze oddawać. Chyba więc jednak nie do końca chodziło o Unię i jej wymogi.
Wielu polityków i komentatorów wyrażało opinię, że wprowadzane zmiany będą miały charakter kosmetyczny i nikt niemal ich nie zauważy. Na razie sytuacja nie przypomina salonu kosmetycznego, lecz inną zgoła instytucję, też zajmującą się sprawami ciała. Nikt nic nie wie na pewno. Przepisy wymagają dodatkowych interpretacji, bo jakoś dziwnie od lat nie daje się sformułować zrozumiałego przepisu podatkowego. Część Hurtowni i księgarń chce oddawać książki, by następnie przyjąć je ponownie, już z nowym VAT-em. Niby nikt od nich tego nie wymaga, ale argumentują one dość przytomnie, że inaczej każdy tytuł (a mają ich setki, czasem tysiące) musieliby księgować podwójnie i podwajać swoje bazy danych. Inne wymagają fakturowania całego towaru z datą grudniową i 120 a nawet 180 dniowym terminem płatności, oraz sugerują noty korekcyjne dla ewentualnych, późniejszych zwrotów. Ciekawe, kto się na to zgodzi? Okres przejściowy miał być dobrodziejstwem, a okazuje się fikcją. Jeśli zwolnienie podatkowe ma dotyczyć jedynie producenta, a sprzedawcę już nie, to gdzie tu dobrodziejstwo? (VAT jest podatkiem od wartości dodanej, jeśli nie działa na wszystkich poziomach produkcji i obrotu towarowego, to zaprzecza swojej definicji).
Zmianę ustaw podatkowych, czyli podstawowych warunków prowadzenia działalności gospodarczej bez vacatio legis uważam za łupiestwo. Jeśli jednak Janosik, albo inny zbój, chciał łupić ludzi na drogach, to musiał się przygotować; przynajmniej naostrzyć siekierkę. Ustawodawcy nie chciało się specjalnie przygotowywać. Po co, jakoś tam będzie, niech się ludzie martwią. Państwo wykonało skok na kasę z gracją gangu Olsena, a to jest brak szacunku i dla ludzi i dla własnej pracy. Nie ma też wątpliwości, że to my będziemy bezlitośnie karani w razie najdrobniejszego uchybienia, albo tylko zmiany czyjejś interpretacji. Może zresztą o to właśnie chodzi, jeśli tak to, to co nosi dumną nazwę ustawy jest w istocie zbójecką ustawką.
Ps. Wedle portalu ksiazka.net Minister Kultury Bogdan Zdrojewski znalazł w powyższej sprawie ciekawą koincydencję: "Mam nadzieję, że rok 2011, pierwszy, w którym podatek VAT na książki będzie wynosił 5 proc., będzie też pierwszym rokiem, w którym czytelnictwo wzrośnie" Powołał się na przykład Danii, gdzie zarówno VAT na książki jak poziom czytelnictwa należą do najwyższych w Europie. "Polska miała dotąd – zauważył dalej – najniższy możliwy VAT na książki i najniższe czytelnictwo".
Czy można wierzyć portalowi? Musi być to chyba jakieś przekłamanie, bo czy Pan Minister – nb. dotychczas zwolennik stawki zerowej – poważyłby się aż na takie krotochwile?


Komentarze
Pokaż komentarze (5)