Dariusz Kozłowski Dariusz Kozłowski
300
BLOG

W Warszawie nie zaparkujesz "anonimowo"

Dariusz Kozłowski Dariusz Kozłowski Gospodarka Obserwuj notkę 0

 

 

Moje ulubione miasto uznało populację kierowców za plagę egipską i żerowisko jednocześnie. Ograniczenie prędkości jazdy do 50 km/h na szerokich dwupasmówkach zostało ostentacyjnie wyśmiane przez Warszawiaków, ze stołeczną policją włącznie. Ktoś obliczył, że gdyby naprawdę wszyscy kierowcy zastosowali się do tego przepisu, to powstałby taki korek, że właściwie nigdy już nie dałoby się go odblokować. Przejezdność miasta utrzymywana jest dzięki kierowcom łamiącym przepisy. To się jednak może zmienić. Warszawa jest bowiem zbrojona przeciw nam w nowe fotoradary i parkometry. To jest zintegrowana akcja. Fotoradary są naprawdę świetne technicznie. Stawia się je po trzy na kilometr – vide ul. Powstańców Śląskich – lub przy ewidentnych pułapkach na kierowców, jak np. ograniczenie na Wisłostradzie prędkości do 30 km/h. 

Dziś jednak o parkometrach. Mamy teraz nowe, cudowne kasy do pobierania opłat za parkowanie. (Więcej o tym projekcie). Stare urządzenia, zupełnie sprawne, są usuwane. Jedne i drugie kosztowały pewnie majątek. Żeby opłacić postój samochodu, trzeba obecnie na klawiaturce wystukać jego numer rejestracyjny. „Anonimowych” aut parkować niezl’a. Ratusz tłumaczy się kłamliwie, że inwestycja spowodowana jest nieuczciwą praktyką odstępowania sobie wzajemnie przez kierowców parkometrowych biletów. Wymiana tysięcy drogich urządzeń, żeby uniemożliwić nam użyczenie komuś biletu, gdy zostało na nim jeszcze parę minut? To chyba nie miałaby ekonomicznego uzasadnienia. Gdzie więc sens, gdzie logika? Autor podlinkowanej powyżej notki, przypuszcza, że ujawnianie numeru rejestracyjnego jest elementem narzuconej na nas sieci inwigilacji. Jest to po części prawdą. Namierzeni już jesteśmy w każdej sekundzie za pomocą telefonów komórkowych i zbliżeniowych kart płatniczych, po co jeszcze namierzać nasze samochody? To wydaje się jasne, gdy już fotoradary wtranżolą nam po pięć mandatów dziennie, wiedza, gdzie stoi nasz samochód, okaże się dla miasta bezcenna. Zablokowanie go będzie jedynym skutecznym sposobem ściągnięcia haraczu, choćby na drodze licytacji pojazdu.

Nowy system jest – w mojej opinii – bezprawny. Otóż, użyczenie innemu kierowcy naszego opłaconego miejsca parkingowego, nie jest niezgodne z prawem ani, jak chciałby Ratusz, nieuczciwe. Skoro wynająłem to miejsce na godzinę, to mogę w tym czasie, rozporządzić nim wedle uznania. Mogę umieścić tam np. swój drugi samochód, albo auto ciotki z Sochaczewa. (Nie mówimy tu czerpaniu z tego tytułu korzyści materialnych). Analogicznie, jeśli mam czasowy bilet komunikacji miejskiej – dzienny, lub trzydniowy – mogę legalnie ofiarować go, lub pożyczyć. Zapłaciłem, jest mój i kropka. Jeśli  sąd podzieli moje rozumowanie, to okaże się, że przez czas jakiś – dopóki zamieszanie się nie wyjaśni, będziemy sobie parkować w Warszawie całkiem za darmo. Już tak kiedyś zresztą było, gdy okazało się, że ktoś nie dopilnował żeby parkometry (te stare) miały legalizację. Na szczęście, w warszawskim Ratuszu zawsze ktoś czegoś nie dopilnuje.

Na zakończenie pozwolę sobie na autocytat. W końcu tyle ich w muzyce i literaturze…

„Elementem zjawiska traktowania współplemieńców jako żerowiska, jest planowanie budżetów gmin w oparciu o zyski z mandatów drogowych. W stalinowskiej Rosji organy bezpieczeństwa miały zaplanowane ilości obywateli, którzy w określonym czasie mieli zostać osadzeni w obozach pracy niewolniczej. Nie chcę obrażać pamięci łagierników porównywaniem do nich nieszczęsnych, lecz wciąż przecie wolnych, polskich kierowców. To zjawiska innego ciężaru… a jednak, jest jakiś wspólny element w życiu czekisty zastawiającego pułapki na ludzi, drżącego, że jeśli nie wyłapie zaplanowanej ich liczby, to sam trafi do kopalni uranu i urzędnika gminnego zastawiającego sidła na kierowców, potrafiącego doskonale powiązać w swym umyśle liczbę kierowców, którzy się dadzą nabrać na jawny absurd zastawionej na nich pułapki, z możliwością wykarmienia własnych dzieci. Nie warto tu wspominać miejsc, w których ograniczenie prędkości do 40 km/h na prostym odcinku drogi, zdaje się, przynajmniej do czasu otrzymania przesyłki z mandatem, dziwnym nieporozumieniem, być może, zwyczajną, w niedbałym środowisku, pozostałością po dawnych robotach drogowych. Rzecz w tym, że to, co wspólne w losie czekisty i urzędnika, po kilku latach staje się także wspólnotą mentalności. Człowiek wszystko potrafi zracjonalizować. Urzędnik już wie, że droga krajowa jest miejscem wojny ekonomicznej jego gminy z resztą ludzkości i zaczyna traktować każdego[…] kierowcę jak wroga w tej wojnie. „Przyjazne państwo” utrwala się na poziomie samorządowym.”

Polecam się: Dariusz Kozłowski. Cała Nadzieja w korupcji. Felietony i rysunki. Łomianki, Wydawnictwo LTW, 2013, s. 208. Zamówienia: http://www.ltw.com.pl, tel. +48 22 751 25 18 Drodzy komentatorzy, na tej stronie zwalczam przejawy braku szacunku dla bliźniego. Szacunek jest ważny skoro nie umiemy kochać. Myślenie grupowe i partyjnictwo - niemile widziane. Zapraszam wszystkich z ambicjami do suwerenności. Arnold i Polinezja Etiopskie drogi: Odcinek 1 Odcinek 2 Odcinek 3 Odcinek 4 Odcinek 5 Odcinek 6 Odcinek 7 Odcinek 8 Odcinek 9 Odcinek 10 Odcinek 11 Odcinek 12 Odcinek 13 Odcinek 14 Odcinek 15 Odcinek 16 Odcinek 17 Odcinek 18 Odcinek 19 Filipiny: Ania i Józef, czyli seks w małe wiosce Grobowce z pełnym wyposażeniem Synkretyczny taksówkarz

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Gospodarka