Dariusz Kozłowski Dariusz Kozłowski
1627
BLOG

Syria: próba prognozy

Dariusz Kozłowski Dariusz Kozłowski Polityka Obserwuj notkę 14

 

 Wojna domowa w Syrii trwa już prawie dwa i pół roku. Jej geneza jest podobna do pozostałych rebelii „arabskiej wiosny”. Wróble na paryskich dachach ćwierkają, że pomysł destabilizowania krajów Afryki północnej i Bliskiego Wschodu zrodził się w głowach polityków bliskich Grand Orient de France, a jego celem było przesunięcie aktywności dynamicznych sił islamistycznych z Europy na teren rodzimy. USA były wówczas dodatkowo zainteresowane usunięciem pułkownika Kaddafiego. Cel został zrealizowany, z pomocą Zachodu islamiści obalili dyktatorów w Tunezji, Libii i Egipcie osiągnęli znaczące sukcesy w Jemenie i państwach Maghrebu, po czym zajęli się walką między sobą. Oznacza to wiele lat bez silnej władzy centralnej na tych terenach. Syria, jako kraj, znajdujący się pod władaniem laickiego modernizatora, którego nawet samo wyznanie wiary było kwestionowane przez radykalnych muzułmanów, powinna w gruncie rzeczy znaleźć się pod ochroną Zachodu. Jeśli tak się nie stało, to ze względu na strukturę wpływów w tym kraju.  Zachód pragnie ograniczyć wpływy Rosji, przesuwając jej okręty z baz syryjskich na Morze Czarne oraz Iranu lokując na zwolnione miejsce własne agendy.

Jeszcze pół roku temu ochrona ludności tego kraju przed złowrogim damasceńskim okulistą i jego kliką nie była priorytetem polityki Stanów Zjednoczonych. Wówczas planowano atak na Iran. Teraz po wyborach jakoś niezręcznie byłoby bombardować ten kraj, skoro opinia publiczna spodziewa się tam zmian na lepsze. Tymczasem kogoś, jak się wydaje, zbombardować trzeba koniecznie.  Syria jest bardzo perspektywiczna jako teatr wojenny, ze względu na jest złożoną strukturę religijną i etniczną. Zbigniew Brzeziński krytykuje pomysł ataku ze względu na brak perspektywy politycznej zakończenia tego typu akcji. Amerykanie nie mają pojęcia, co mianowicie mieliby zrobić z Syrią po obaleniu Baszszira el Assada. Wydaje się, że wydajność wojenna tego terenu jest tak duża, że słusznie nie trzeba się troszczyć o przyszłe rozwiązania. One przyjdą same, gdy po wielu latach konflikt się wypali. Przez te wszystkie lata Zachód miałby poligon do ćwiczenia sławnej chirurgicznej precyzji swoich kontrolowanych uderzeń, zaś USA uzyskały by otwarty teatr wojenny z opcją przeniesienia go w dowolne miejsce Azji Mniejszej. Z punktu widzenia przywódców tego kraju wojna potrzebna jest także z przyczyn ekonomicznych. Nadchodząca kolejna fala kryzysu może przynieść konieczność „ratowania rynków” kosztem oszczędności i jakości życia obywateli, a takie scenariusze łatwiej realizować w czasie wojennym.

Skutki ataku

 Los ludność cywilnej, stanowiący  casus belli raczej się by nie poprawił. Jeszcze wczoraj wojska Assada odzyskiwały kontrolę nad krajem. Teraz jednak bilans sił uległ by zmianie. Politycznie zapewne wzmocnili by się Sunnici i Kurdowie. Sunnici, w tym grupy radykalne, przez chwilę paradoksalnie stałyby się sojusznikami Zachodu, który przymknął by oko na transfery broni znad Zatoki Perskiej. W dłuższej perspektywie nie wróży to dobrze Europie. Kurdowie, którzy za Iracką granicą tworzą już praktycznie własne, wyśnione przez wieki, państwo, dołączą do jego terenu  północno-wschodni skrawek Syrii. To nie spodoba się Turcji i Iranowi, ponieważ większość Kurdystanu leży na ich terenach. Los syryjskich Chrześcijan i Alawitów już teraz srogi może tylko ulec pogorszeniu. Czy Zachód zamierza ich ratować? Szyici i Druzowie zapewne nie stracą aż tak wiele. Jeśli dotychczas regularna armia walczyła z rebelią o charakterze partyzanckim, z setkami rozproszonych grup o słabej i co najwyżej okresowej koordynacji, to osłabione amerykańskimi atakami związki taktyczne armii rządowej, również mogłyby ulec dezorganizacji i rozproszeniu. Wówczas poszczególne wsie i miasteczka zajmować będą rozmaite oddziały o nieznanej lub żadnej podległości, a mapa obszaru wojny stanie się kompletnie niejasną mozaiką. Względną zdolność bojową zachowają oddziały jednolite etnicznie (np. wojska specjalne Asada to niemal w komplecie Alawici), reszta raczej pójdzie w rozsypkę.

Czy po amerykańskim ataku wojna może zachować charakter lokalny?

Turcja pali się do wojny, bo jej interesy w swej byłej prowincji są zminimalizowane przez wpływy, tradycyjnie rywalizującego z nią, Iranu, a ponadto chce trzymać w szachu „swoich” Kurdów. Zatem jej tereny przygraniczne, obecnie strefa działań organizacji humanitarnych, mogą zostać objęte akcjami odwetowych.

Iran wydał właśnie oświadczenie, że atak na Syrię spowoduje natychmiastowy jego atak na Izrael. Można jedynie mieć nadzieję, że to tylko czcze pogróżki i a Irańczycy zaangażują się w konflikt co najwyżej poprzez Hezbollah i inne militarne organizacji szyickie. Ataki Hezbollahu izraelska „kopuła antyrakietowa” powinna wytrzymać bez trudu. Jeśli jednak, w co ze względu na siłę militarną Izraela nie wierzę, Iran faktycznie włączyłby się do konfliktu bezpośrednio, tak jak to zapowiada, to mamy potężną wojnę i oby tylko konwencjonalną. Wydaje się jednak, że Iranowi zależy teraz na czasie. Jeśli informacje z domeny publicznej są coś warte, to liczy on raczej na swój szantaż nuklearny, możliwy już w niedalekiej przyszłości.

Moim zdaniem wraz z migracjami ludności wojna przeniesie się na teren Libanu. Słabe państwo libańskie nie ochroni stronników Assada, ani chrześcijan. Wojna może dotknąć także Jordanię ze względu na licznych uchodźców oraz mieszkających tam Palestyńczyków, gotowych na kolejny etap swej partyzanckiej wojny z Izraelem. Arabia Saudyjska i kraje zatoki tak sprawnie poradziły sobie ze swoimi odsłonami „arabskiej wiosny”, że chyba raczej utrzymają lub w najgorszym razie kupią sobie pokój.

Rosja z kolei gotowa jest dać wiele za utrzymanie syryjskich baz swej marynarki, ostatniego przyczółka Armii Czerwonej  w regionie.  Ich usunięcie, jako się rzekło, jest jednym z celów przygotowywanego ataku. Oczywiście same bazy w czasie działań wojennych będą strefa neutralną, a przyszłe ich usunięcie będzie zadaniem legalnych władz Syrii, wszystko jedno nowych czy starych, zmuszonych przez Zachód. Starcie amerykańsko-rosyjskie miało by więc charakter dyplomatyczny. Byłby to jednak ważny, ponadregionalny efekt ataku. Dodatkowo Assad ma sporo nowoczesnej broni  i wielu rosyjskich doradców wojskowych, którzy zrobią wszystko by ta broń ukazała swoją skuteczność. Doszło by więc ponownie na Bliskim Wschodzie do konfrontacji sprzętu zachodniego z rosyjskim. Ciekawe jakie straty własne armia amerykańska przewiduje jako uzasadnione? Z drugiej strony destabilizacja Syrii, a nawet pewne rozszerzanie konfliktu, zamieszanie w Iranie i Arabii Saudyjskiej przyniosło by Rosji wymierne korzyści, gdyż cena ropy poszybowała by wówczas ponad wszelkie dotychczasowe rekordy.

Czy Stany Zjednoczone zdecydują się na atak?

Jeszcze wczoraj uważałem, że to tylko kwestia dni. Jednak dane na temat reakcji opinii publicznej w Stanach nieco zmieniają ten pogląd. Uboczną reakcją na sprawy Snowdena i wcześniejszych przecieków jest wzrost nieufności Amerykanów do własnego rządu. Propaganda zapewne odzyska stracony teren, ale to musi potrwać, na razie Amerykanie, nawet jeśli są w stanie uznać Snowdena i Manninga za zdrajców, wydają się skonfundowani i gotowi przyjąć, że jeśli władza gra nie fair to być może także w sprawie Syrii. Czy administracja USA jest aż tak zdeterminowana, że zignoruje zarówno obcą jak własną opinię publiczną? Można mieć tylko nadzieję, że nie. Dzisiejszy poranek przyniósł wiadomość o wycofaniu się z planów ataku Wielkiej Brytanii, to może być przełomowa decyzja.

Podsumowując

Pomimo iż także nie życzę sobie rosyjskich baz wojskowych rozsianych po świecie, ewentualny atak na Syrię uznałbym za działanie nieodpowiedzialne i potencjalnie zbrodnicze. Nie dając nadziei ani na poprawę sytuacji cywilów ani na rychłe rozwiązanie polityczne, atak mógłby przyczynić się do rozszerzenie konfliktu. Ochroną ludności Syrii powinny się jak najszybciej zająć się formacje ONZ. Trzeba jednak przyjąć, że jeśli do ataku nie dojdzie, Assad odzyska kontrolę nad większością kraju, choć wojna partyzancka i obustronny terror mogą trwać jeszcze bardzo długo.

Na koniec kilka słów o polskiej reakcji na planowany atak. Jeśli oświadczenie Tuska o nie uczestnictwie przyjąłem jako coś oczywistego, to już wyjaśnienia dlaczego podjął tę decyzję uważam za niewłaściwe. Tusk stwierdził, że zwyczajnie nie mamy takich możliwości, co raczej jest  nieprawdą, bo znamy teren i jakiś drobny wkład bylibyśmy w stanie do koalicji włożyć. Powinniśmy raczej powiedzieć, że nie jesteśmy przekonani o celowości ataku oraz perspektywach jego zakończenia. Zawsze lepiej przedstawiać siebie jako kraj przewidujący a nie bezsilny.

Polecam się: Dariusz Kozłowski. Cała Nadzieja w korupcji. Felietony i rysunki. Łomianki, Wydawnictwo LTW, 2013, s. 208. Zamówienia: http://www.ltw.com.pl, tel. +48 22 751 25 18 Drodzy komentatorzy, na tej stronie zwalczam przejawy braku szacunku dla bliźniego. Szacunek jest ważny skoro nie umiemy kochać. Myślenie grupowe i partyjnictwo - niemile widziane. Zapraszam wszystkich z ambicjami do suwerenności. Arnold i Polinezja Etiopskie drogi: Odcinek 1 Odcinek 2 Odcinek 3 Odcinek 4 Odcinek 5 Odcinek 6 Odcinek 7 Odcinek 8 Odcinek 9 Odcinek 10 Odcinek 11 Odcinek 12 Odcinek 13 Odcinek 14 Odcinek 15 Odcinek 16 Odcinek 17 Odcinek 18 Odcinek 19 Filipiny: Ania i Józef, czyli seks w małe wiosce Grobowce z pełnym wyposażeniem Synkretyczny taksówkarz

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (14)

Inne tematy w dziale Polityka