Już wrzesień, rozpoczyna się czas rui u kopytnych. Samce wychodzą na rykowiska, by zagrać rolę maczo w tzw. „majestatycznym spektaklu natury”. Ostępy leśne wypełniają się głuchym rykiem, beczeniem, wonią gruczołów zapachowych i innymi tego typu obrzydliwościami. Właśnie usłyszeliśmy pierwszy akord w wykonaniu wicepremiera Piechocińskiego. Wydał on ryk, który omal nie zepchnął w przepaść prezesa Brauna Juliusza. Nie wiedzieć jednak czemu, uzyskawszy znaczną przewagę, zamiast rzucić się i dobić konkurenta własnego gatunku, postanowił on wpierw ugodzić przemykającego nieopodal lisa. Lis jak wiadomo do otwartej walki nie stanie, ma w odwodzie kryjówki, nory, ciemne korytarze, tajne przejścia i tajnych pomocników.
„... ten Lis już oszalał zupełnie!” – zżymało się premierzydło nie mogąc trafić rogiem sprytnego rudzielca – „albo wy zrobicie z tym porządek [mój Braunie], albo ja go zrobię!” Porządek na rykowisku? To niemożliwe, to domena chaosu.
Biedny, biedny premier, gdy ktoś szarżując przecenia swoje siły – zamiast lęku budzi wesołość, a miast potęgi i mocy pozwala odkryć u siebie inne cechy, np. zdolnego parodysty lub, z przeproszeniem, standupera. Piechociński, którego pozycja we własnym, rodzonym PSLu jest, zdaje się, dość słabawa, poza nim znaczy faktycznie niewiele więcej niż jego marionetkowi poprzednicy z ZSL – Czesław Wycech czy Stanisław Gucwa, choć tamci byli przynajmniej marszałkami sejmu1. Inaczej mówiąc znaczy akurat tyle co jeleń na rykowisku namalowany przez powiatowego artystę.
No dobrze, może zbyt ostro potraktowałem pana wicepremiera deprecjonując jego moce, a przecież ma on w tym dziwnym państwie kilka istotnych przywilejów. Gdy na przykład trzeba będzie podpisać jakiś kontrakt, rujnujący kraj i uzależniający go na kilkadziesiąt lat od agresywnego sąsiada, to będzie miał on prawo i obowiązek złożyć pod nim podpis… lub odcisk racicy.
1 Powiadano wówczas, że laska marszałkowska to kij od szczotki zakończony gucwą.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)