Wczoraj spore emocje przyniosła notka pana marszałka Wojciechowskiego postulująca, choć z powodu posiadanego przezeń immunitetu zaledwie „platonicznie”, by białostocki sąd skazał go, wzorem swej decyzji podjętej wobec kilku narodowo zorientowanych młodzieńców, za to, iż podobnie jak oni „nie przeprasza [on] za Jedwabne”.
Nawet umiarkowane zazwyczaj panie; Ufka i Kaśka (Pyzol) zaznaczyły w komentarzach swoje podejrzenia o antysemityzm tekstu. Kilka innych komentarzy pod notką zapewne nie obroniło by się zapewne wobec takich zarzutów. Proponuję odrzucić tę skalę ocen i przyjrzeć się problemowi sine ira. Łatwiej nam będzie, jeżeli na chwilę zapomnimy że to Polacy, Żydzi, Niemcy, przyjmijmy po prostu, że mamy do czynienia z potworną zbrodnią sprzed lat, którą jedna grupa ludzi dokonała na drugiej. Bez tłumaczenia i niuansowania, mamy fakt i zajmujemy się jego recepcją po latach.
Młodzi ludzie związani emocjonalnie z grupą obwinioną o zbrodnię skandują na ulicy, że nie przepraszają za nią i za to trafiają przed wymiar sprawiedliwości. Orzeczone są kary pobawienia wolności. Nie znamy sentencji wyroku, można jednak przypuszczać, że sąd uznał ich zachowanie za naruszenie porządku publicznego o znamionach przestępstwa. Zastanówmy się jakie to mogłoby być przestępstwo. Biorąc pod uwagę setki innych manifestacji publicznych, odrzucamy przestępczość samej formy ekspresji. Może zatem, jak sugerowali komentatorzy, jest nim tkwiąca w okrzyku obraza uczuć osób związanych z grupą ofiar? Jest to możliwe, ale po pierwsze sprawa sądowa była by wówczas zainicjowana powództwem osób obrażonych, a nie publicznym, po wtóre, znając orzecznictwo w sprawach o obrazę, sprawcy mogliby się raczej spodziewać, że czekać ich będą kosztowne przeprosiny, lecz nie pozbawienie wolności, choćby nawet czasowo zawieszone.
„Uświadomiłem sobie, że ja też, w imię równości wobec prawa, powinienem być skazany, bo ja też nie przeprosiłem za Jedwabne.” – pisze poseł Janusz Wojciechowski. Autor orzekając o tym jako o stanie rzeczy, stawia się jednak w nieco innej sytuacji procesowej od osób skandujących inkryminowane hasło, jako wyraźne oświadczenie woli. Zwraca zarazem uwagę, że, jego zdaniem, problem tkwi nie w obraźliwym charakterze hasła, lecz bezpośrednio w jego treści.
Skazani, jak można sądzić, nie są apologetami zbrodni, nie nawołują do tego typu działań, lecz, podobnie jak pan Marszałek, kwestionują przyjęty jej przebieg i przyporządkowanie winy, są w sytuacji niezgody z obowiązującą wersją historii. Dostrzegam tylko jedną analogię, którą mógł sugerować się wymiar sprawiedliwości orzekając karę, jest nią „kłamstwo oświęcimskie”. Ten rodzaj rewizjonizmu historycznego jest w Polsce i wielu innych krajach karany z urzędu. Słuszność tego rozwiązania prawnego jest dyskusyjna, ponieważ może stać się ono precedensem prawotwórczym, dającym władzy możliwość penalizacji obywateli za poglądy oraz znajomość lub nieznajomość faktów z dowolnych, uznanych przez tę władzę za istotne, dziedzin. Niemniej „kłamstwo oświęcimskie” jest wpisane w obowiązujący system prawny i sądy mają obowiązek brać to pod uwagę. Kłamstwa jedwabieńskiego w kodeksie jeszcze nie ma, więc zasadniczo każdemu wolno wypowiadać publicznie dowolne sądy w tej sprawie, także niemądre. Przepraszać za zbrodnię, nie przepraszać, lub wzywać do tego grupy trzecie. Warto poczekać na publikacje orzeczenia sądu, ale intuicja podpowiada mi, że apelacja powinna być skuteczna.
A teraz fakt. Są dwie grupy ludzi w sytuacji niewoli. Oficjalna wersja wydarzeń głosi, że jedna z nich ze szczególnym okrucieństwem morduje drugą. Wersja rewizjonistyczna utrzymuje natomiast, że decydującą rolę w mordzie odegrała grupa trzecia – zaborcza i jawnie zbrodnicza, regulująca stosunki prawne na tym terenie i jako jedyna dysponująca bronią palną. Nawet ta wersja nie kwestionuje jednak aktywności w mordzie przedstawicieli grupy obwinionej przez wersję oficjalną. Owszem, zmienia zasadniczo geometrię win, lecz nie znosi całkowicie z nikogo odpowiedzialności za nią. Nie ma więc powodu, aby ktokolwiek czuł się rozdrażniony czyimikolwiek przeprosinami za zbrodnię. Frustrację rewizjonistów można jednak wytłumaczyć, jako że ów ważny, a dla stosunków pomiędzy wspomnianymi grupami wręcz kluczowy, fakt historyczny dałby się łatwo, w ciągu kilku tygodni, wyjaśnić, gdyby tylko zdecydowano o wznowieniu badań archeologicznych terenu zbrodni. Sprawa jest prosta; jeśli w nieprzekopanych dotychczas warstwach znajdą się łuski z broni palnej używanej przez okupantów, to wersja rewizjonistyczna okaże się prawdziwa. Jeśli nie, musimy bazować na oficjalnym stanie wiedzy, przynajmniej do czasu jakiegoś, sensacyjnego odkrycia archiwalnego, na co, nawiasem mówiąc, bym nie liczył. Ponieważ przedstawiciele grupy związanej z ofiarami, ze względów religijnych, blokują badania archeologiczne, nie powinni oburzać się na rewizjonistów ani dążyć do wprowadzenia „kłamstwa jedwabieńskiego” do kodeksu.
Na koniec przypomnę dwie kwestie. Po pierwsze, ówczesny okupant był nadzwyczaj skrupulatny, wytworzył prawo urągające porządkowi bożemu i ludzkiemu, lecz tego własnego porządku przestrzegał starannie. Gdyby jakieś podlegające mu grupy zaczęły mordować się nawzajem bez jego inicjatywy, to po prostu spacyfikowałby cały teren. Po wtóre, zbrodnia w Jedwabnem, niestety, nie była wyjątkiem. W tej części Podlasia takich zbrodni było więcej. Kategorycznie trzeba zbadać je do końca, by potomkowie sprawców mogli przyjąć właściwą część win i przeprosić za nie Boga i ludzi. Ekspiacja bez znajomości faktów jest zawsze fałszywa, a jej owoce zatrute.


Komentarze
Pokaż komentarze (44)