Z dobrze poinformowanych źródeł dowiedziałem się, że mam pozostawić nowemu rządowi 100 dni spokoju, cichych, bezkrytycznych i bezsarkastycznych. Nie wiadomo dlaczego nie dwieście, albo osiemset pięćdziesiąt (czyżby analogia do 100 dni Napoleona?). Tak, czy siak, jeśli nie podporządkuję się tej nowej normie, dam ponoć wyraz licznym nieznośnym cechom mej formacji kulturowej (a zapewne i charakteru) lokującym mnie daleko poza granicami obowiązującej cywilizacji, a parafrazując niejakiego Pałasińskiego, z pewnością na dodatek zaraz zacznie mi śmierdzieć z bezzębnej jamy gębowej.
Zaniepokojony tymi zagrożeniami, a także w trosce o naszą wspólną przyszłość, życzę nowemu rządowi samych sukcesów i dużo zdro… nie, zdrowia życzyć nie mogę. W Kraju gdzie minister zdrowia tak się zasłużył w likwidowaniu kolejek do lekarzy (poprzez skreślenie z nich pacjentów), że zdjęcie go ze stanowiska, przy rekonstrukcji gabinetu, okazało się zwyczajnie niemożliwe, nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzyłby w szczerość tak nierealistycznych życzeń. No, chyba, że rząd może nie tylko sam się wyżywić, ale i wyleczyć.
Odchodzący premier wyznaczył swoją następczynię w sposób całkowicie woluntarystyczny. Członkowie jego partii nie wybierali jej ani nie opiniowali wyboru. Ludność bezpartyjna tym bardziej, nie wypowiadała się w jej sprawie, może zresztą i słusznie, gdyż dotychczas jakichś konkretnych poglądów oraz cech specyficznych, wyróżniających panią premier in spe, nie zaobserwowano. Owszem, charakteryzowała się miernymi kompetencjami jako minister, ale to akurat, podobnie jak oszczędne gospodarowanie prawdą, jest cechą gatunkową w tej populacji. Poza tym wskazuje się na jej wyjątkową służalczość, wręcz lokajstwo, wobec swego szefa (i poprzednika), oraz przekładnie celu partyjnego ponad państwowy. To wszystko jednak teraz może się zmienić. Pani Premier w każdej chwili nabrać może nagle suwerenności niczym dziurawa łódka wody.
Komentatorzy wskazują na nieco osobliwe rozwiązania personalne nowego gabinetu. Oto bowiem dawny marszałek sejmu został szefem dyplomacji a szef dyplomacji trafił w marszałki. Obaj panowie chętnie zapewne by się zamienili, ale do licha, obowiązuje jeszcze przecie prawo awansu do granic niekompetencji (sformułowane niegdyś przez Laurence’a Petera) i żadne ruchy sprzeciwiające się tej kosmicznej zasadzie nie wchodzą w grę.
Szefowa superministerstwa Infrastruktury i Rozwoju, która na prezentację gabinetu przyszła w przebraniu zombie, wcześniej władała spółkami PKP, przysparzającymi państwu (i Państwu przez duże „P” także) setnych kłopotów. W rzeczywistości jest to radczyni prawna z Radomia, która wziąwszy się za politykę, rozpirzyła, wraz ze swoim politycznym kamratem Tadeuszem Syryjczykiem, polskie kolejnictwo na miraidy spółek i spółeczek, zajmujących się spółkowaniem ze skarbem państwa, tj. ogołacaniem go do cna. Uczestnicy tego procederu pozatrudniali się w co tłustszych z tych spółek – co pewnie było celem reformy – i tak też postąpiła przyszła szefowa naszego rozwoju. Bałagan, jaki przy okazji powstał w kolejnictwie, jest już chyba niemożliwy do uporządkowania bez interwencji sił metafizycznych.
Być może właśnie kontakt z tymi siłami jest główną zaletą nowej „ministry” MSW. Zacna ta dama, która poskramiać będzie kryminalistów i służby specjalne, jest… taką koleżanką pani premier. Ta dawna działaczka PAX-u mogła zostać zapamiętana chyba głównie z uporczywych, acz beznadziejnych prób objęcia prezydentury w Bydgoszczy. Słuszny jest wybór pani premier, w końcu do kogoś na tym świecie trzeba mieć zaufanie. A gdzie zaufanie jest tak ważne jak w sprawach wewnętrznych? Jest jeszcze jeden atut nowej szefowej MSW. Jej nikt nie będzie próbował podsłuchiwać – wszak wiedza, którą dotychczas opanowała, jest powszechnie dostępna w każdej księgarni parafialnej.
Rząd jeszcze nie zaprzysiężony, na stronie Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, wciąż straszy nas stary gabinet z Tuskiem i Bieńkowską. Może więc jeszcze czas warto przemyśleć, czy by kogoś do tego nowego składu nie dopchnąć. Byłoby warto, bo sama pani premier nie specjalnie wypada w mediach. Przydał by się jej do pary jakiś wesołek. Ideałem byłby „Wesoły Romek” z komedii pana Barei. Gość miał talent medialny, siłę przebicia, kompatybilną ze swą potencjalną szefową inteligencję, a większego optymisty nigdzie się chyba nie znajdzie. Kandydat w sam raz, przynajmniej na te sto dni.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)