W ramach pokuty za grzechy ciężkie obejrzałem sobie w program Tomasza Lisa z 3 listopada b.r. Było o sławnym w świecie, polskim antysemityzmie. Dyskutantami, prócz gospodarza, umiejętnie przerywającego, każdy wątek, gdy tylko, choćby nieśmiało, zaczynał być ciekawy, byli; Ireneusz Krzemiński nadworny, telewizyjny „specjalista od nawozów i od świata”, Michał Kamiński, były polityk o fluktuujących poglądach, zwany dalej „Misiem”, red. Najsztub, który zwykle przesłuchuje celebrytki na okoliczność ich pożycia płciowego, oraz nieznany mi wcześniej pan Szapiro. Tezy były następujące: 1. Polski antysemityzm istnieje i jest groźny(Krzemiński, Misio, Najsztub, Lis), 2. [… ] ale jednak maleje (Krzemiński, Misio), 3. Nie występuje jako zjawisko istotne (pan Szapiro).
Misio omawiał głównie własne emocje, jego obecność możemy więc śmiało pominąć.
Profesor Krzemiński, opowiedział o swoich badaniach, z których wynikać ma, że 20% Polaków to antysemici, bo nie lubią Żydów (nie chcieli by mieć ich za sąsiadów, przyjaźnić się z nimi). Nie wiem czy profesor takie preferencje uznaje za wystarczające do uczonej konkluzji, czy też opis swych badań uprościł na potrzeby ludu telewizyjnego. Ciekawe swoją drogą, czy Krzemiński przebadał jaki procent Polaków nie lubi swej własnej tradycji i kultury, czyli, w gruncie rzeczy, samych siebie. Wedle mej intuicji wyszedł by mu większy odsetek, zwłaszcza, że musiałby także własną osobę dopisać do tej grupy. Tenże uczony zechciał jeszcze, rytualnie dopieprzyć Romanowi Dmowskiemu, jako sztandarowemu przedstawicielowi polskiego żydożerstwa, a na koniec jeszcze, chyba dla kurażu, przykleić cuchnącą, antysemicką łatkę prawicy jako takiej… Na marginesie, jeśli profesor socjologii nie zauważa, jak koszmarnie antysemicka jest współczesna europejska lewica, zwłaszcza skrajna, i jak prawica w swych głównych nurtach jest obecnie odległa od takich narracji, to chyba powinien zmienić zawód.
Autorem odkrycia wieczoru stał się jednak red. Najsztub, który ogłosił Miastu i Światu najnowszą definicję antysemityzmu. Od tej pory jest nim wskazywanie na kogoś, że ten jest Żydem (antysemityzm nominacyjny?). Biografistyka legła właśnie w gruzach,a muza historii – nieszczęsna Klio, usiłowała popełnić honorowe seppuku. Przyjmijmy jednak tę definicję, ze zrozumieniem, że red. Najsztub i zwolennicy jego definicji, symetrycznie zamknęli sobie możliwość określania także czyjejkolwiek innej narodowości. Całe szczęście, przynajmniej hipotetyczny komponent antysemicki zawarty w niniejszym felietonie będzie mógł być przypisany wyłącznie autorowi a a nie całej jego nacji.
Tenże Najsztub opowiedział jeszcze na koniec mrożącą krew anegdotę, jak to z grupą Żydów wracał z jakiejś imprezy. Musieli oni, w jarmułkach na kiepełes, przejść obok grupy kibiców Legii, którzy zmierzali kontrkursem na potańcówkę lub może czarnosecinną mszę. I ci Żydzi wraz z Najsztubem przeciskali się obok i poprzez kiboli, niczym przez szpaler dońskich Kozaków a przeciskali się, w całkowitej, kamiennej ciszy, bo potworni legioniści zamilkli i wnet, czy to z zawstydzenia swym niepełnym człowieczeństwem, czy też nie mogąc znieść widoku Najsztuba… znaczy się, oczywiście Żydów, spuścili oczy. Był to widać antysemityzm, (niczym schizofrenia w Sowietach) bezobjawowy – nie można wszakże wykluczyć, że podwójnie niebezpieczny. Zgroza zgrozą…, ale – panie Najsztub – może trzeba było spytać o wynik meczu. Może oni byli po prostu smutni?
Tyle u Lisa. Z kolei red. Ziemkiewicz w felietonie „Antysemityzm, z którego jestem dumny” tak broni Dmowskiego: „[..]ten straszny polski antysemityzm tym się różnił od zbrodniczego, rasowego antysemityzmu państw zachodnich, że wychodził od obiektywniej istniejącej sprzeczności interesów – a nie rasowych rojeń – i chciał wynegocjować jej rozwiązanie. Do czego wzywał rzekomy antysemita Dmowski? Do zabijania Żydów, ich wypędzania, wywłaszczania? Nie– do jakiegoś „okrągłego stołu”. Chciał ich zmusić do dyskusji i do wspólnego z „nieżydami” znalezienia kompromisu, bez którego, przewidywał– historia pokazała, jak bardzo trafnie– może się zrobić bardzo nieciekawie.” I dalej „[…] pokażcie mi w innym kraju myśliciela, który w konflikcie z Żydami wysunąłby takie hasła - antysemityzmu, że tak go nazwę, negocjacyjnego.”
Osoba Romana Dmowskiego jest ostatnio silnie atakowana za ów domniemany antysemityzm, nie tylko przez prof. Krzemińskiego. Z całą pewnością nie rozstrzygniemy tutaj tego zagadnienia. Polemiki publicystyczne zwykle są odległe od sensownej debaty historycznej, a ja nie będąc „nowoczesnym endekiem” lekturą tekstów „Pana Romana” zajmowałem się ostatnio, i to bez większego entuzjazmu, dobre ćwierć wieku temu. Fakt, że oskarżyciele Dmowskiego oszczędnie gospodarując cytatami i faktami historycznymi, dają świadectwo, że oni tych lektur w ogóle nie mają przerobionych i dlatego nie będziemy im podpowiadać nazwiska „Wybranowski”. Z drugiej strony przypominam sobie referat pewnego izraelskiego profesora historii o pokrewieństwie żydowskich ruchów syjonistycznych z Narodową Demokracją i o tym, że Roman Dmowski w tych środowiskach darzony był szacunkiem i tam akurat czytany skrupulatnie.
Twórcy definicji nowych odmian polskiego antysemityzmu; czy to „bezobjawowego” czy „negocjacyjnego” mogą dwoić się i troić w szermierczych fintach polemik, to jednak tylko pogaduszki ad usum nadwiślańskich tubylców. Obowiązujące „definicje” polskiego antysemityzmu zależeć będą od sytuacji międzynarodowej, zwłaszcza na Bliskim Wschodzie i wykuwać w brooklyńskich kancelariach i agencjach marketingowych Berlina. Na tamtych terenach polskie państwo musi, przy pomocy publicystyki , twórczości artystycznej i środków prawnych bronić swego wizerunku i swoich racji. Owszem, potrzeba ma to pieniędzy, choć na początek wystarczyła by pewnie równowartość jednego składu „Pendolino”. Przede wszystkim jednak wzmiankowane racje muszą być choćby śladowo rozpoznane przez krajową klasę polityczną.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)