Strajkują lekarze. Żądają podwyżek, na wieść o których nóż się w kieszeni otwiera. Można z dużą pewnością stwierdzić, że ich nie dostaną, a przynajmniej, że będą one dużo niższe od żądanych. Czy jednak medycy chcą czegoś nienormalnego? Raczej nie. Chcą tylko wprowadzenia naturalnej zasady, że za wyjątkową wiedzę i wyjątkową odpowiedzialność należy się wyjątkowa zapłata.
Piloci i kontrolerzy lotów zarabiają kilkakrotnie więcej od lekarzy, a pracę ich przecież można uznać za porównywalną pod względem odpowiedzialności, a pod względem wiedzy nieco nawet mniej wymagającą. I czy ktoś ma pilotom za złe, że tyle zarabiają? Chyba nie. Tyle, że pilotów jest mniej, nie krzątają się w każdym szpitalu, przychodni – pod bokiem. Nie zasypiają na dyżurze, nie badają niedbale pacjenta z myślą, byle już do domu, odpocząć wreszcie po dwóch, trzech dniach harówki 24 na 7, lub z nieco nieobecnym ze zmęczenia spojrzeniem nie przepisują pierwszego z brzegu leku. Nie robią tak złego wrażenia. Ci, którym lekarz uratował życie, zdrowie, lub kogoś bliskiego, już nie myślą w ten sposób, jednak mnóstwo Polaków wciąż się oburza. I słusznie się oburza – lekarze chcą normalności za szybko, chcą wyjść przed szereg zagonionego społeczeństwa, chcą już teraz poczuć się normalnie w nie całkiem normalnym ciągle jeszcze kraju. A jednocześnie nie wszyscy z nich mają odwagę i chęć powiedzieć jasno i wyraźnie, jako cała grupa zawodowa, że służbę zdrowia trzeba w znacznej mierze sprywatyzować, że składka zdrowotna nie powinna znikać w NFZowskich układach wysokiej entropii, lecz zostać oddana sprawnemu zarządzaniu ubezpieczycieli prywatnych. Dlaczego tak jest? Ponieważ - i nie dotyczy to tylko lekarzy - jeszcze nie wszyscy zaprzestali wartościowania według pojęć „u nas” i „na zachodzie” (ewentualnie "na państwowym" i "prywatnie"), tak sobię myślę. Gdzie „u nas” można sobie czasem odpuścić, odwalić fuszerkę, bo i tak za mało zapłacą, zaś „tam” zapierdzielają jak króliczki duracella. I mam ogromną obawę, że wielu lekarzy w przypadku wywalczonych podwyżek, wciąż pracę na państwowym może traktować jako zajęcie dodatkowe, gdzie dyrekcja (czytaj państwo) płaci składkę i jest darmowy sprzęt do wykorzystania. Słowem, jako ciepłą posadkę.
Tymczasem w mojej opinii znaczące podwyżki dla lekarzy będą miały sens wtedy, gdy w zamian za przyzwoitą wreszcie pensję, będą oni dawać z siebie 100 procent państwowym pacjentom. Aż i tylko 100 procent. Wielu lekarzy to rozumie. Ale czy wystarczająco wielu?
* Chodzi oczywiście o zjawisko opisane w "1984" Georga Orwella.
Piloci i kontrolerzy lotów zarabiają kilkakrotnie więcej od lekarzy, a pracę ich przecież można uznać za porównywalną pod względem odpowiedzialności, a pod względem wiedzy nieco nawet mniej wymagającą. I czy ktoś ma pilotom za złe, że tyle zarabiają? Chyba nie. Tyle, że pilotów jest mniej, nie krzątają się w każdym szpitalu, przychodni – pod bokiem. Nie zasypiają na dyżurze, nie badają niedbale pacjenta z myślą, byle już do domu, odpocząć wreszcie po dwóch, trzech dniach harówki 24 na 7, lub z nieco nieobecnym ze zmęczenia spojrzeniem nie przepisują pierwszego z brzegu leku. Nie robią tak złego wrażenia. Ci, którym lekarz uratował życie, zdrowie, lub kogoś bliskiego, już nie myślą w ten sposób, jednak mnóstwo Polaków wciąż się oburza. I słusznie się oburza – lekarze chcą normalności za szybko, chcą wyjść przed szereg zagonionego społeczeństwa, chcą już teraz poczuć się normalnie w nie całkiem normalnym ciągle jeszcze kraju. A jednocześnie nie wszyscy z nich mają odwagę i chęć powiedzieć jasno i wyraźnie, jako cała grupa zawodowa, że służbę zdrowia trzeba w znacznej mierze sprywatyzować, że składka zdrowotna nie powinna znikać w NFZowskich układach wysokiej entropii, lecz zostać oddana sprawnemu zarządzaniu ubezpieczycieli prywatnych. Dlaczego tak jest? Ponieważ - i nie dotyczy to tylko lekarzy - jeszcze nie wszyscy zaprzestali wartościowania według pojęć „u nas” i „na zachodzie” (ewentualnie "na państwowym" i "prywatnie"), tak sobię myślę. Gdzie „u nas” można sobie czasem odpuścić, odwalić fuszerkę, bo i tak za mało zapłacą, zaś „tam” zapierdzielają jak króliczki duracella. I mam ogromną obawę, że wielu lekarzy w przypadku wywalczonych podwyżek, wciąż pracę na państwowym może traktować jako zajęcie dodatkowe, gdzie dyrekcja (czytaj państwo) płaci składkę i jest darmowy sprzęt do wykorzystania. Słowem, jako ciepłą posadkę.
Tymczasem w mojej opinii znaczące podwyżki dla lekarzy będą miały sens wtedy, gdy w zamian za przyzwoitą wreszcie pensję, będą oni dawać z siebie 100 procent państwowym pacjentom. Aż i tylko 100 procent. Wielu lekarzy to rozumie. Ale czy wystarczająco wielu?
* Chodzi oczywiście o zjawisko opisane w "1984" Georga Orwella.


Komentarze
Pokaż komentarze (28)