55 obserwujących
61 notek
142k odsłony
  7971   0

PIOTR BEDNARZ, PAMIĘTAM. OFIAROM STANU WOJENNEGO

 

 
 

 

Piotr Bednarz był legendą wrocławskiej Solidarności.

Poznałam go w Zarządzie NSZZ Solidarność Dolnego Śląska gdzie pracowałam początkowo zajmując się dystrybucją prasy związkowej a potem tworząc biblioteką związkową zbierającą i dokumentującą niezależne wydawnictwa. Byłam wtedy na ostatnim roku studiów. Piotr był starszy ode mnie o 9 lat. Od początku jednak połączyła nas nić wzajemnej sympatii wynikającej z tego, że dzieliliśmy polityczne przekonania ale również z tego, że  pochodził z Wielkopolski, z Jeleni koło Ostrzeszowa. Moja cała rodzina zaś z dziada pradziada wywodziła się z Wielkopolski i ja również tam się urodziłam. Do Wrocławia rodzice przenieśli się niedługo po moim urodzeniu i do czasu wyjazdu z Polski związana już byłam z Dolnym Śląskiem. Piotr przeniósł się do Wrocławia w latach 60-ych.  Pracował we wrocławskim Dolmelu jako ślusarz i gdy rozpoczęły się sierpniowe strajki został tam wiceprzewodniczącym a później przewodniczącym komisji zakładowej „Solidarności”. Od 1981 roku jako wiceprzewodniczący Zarządu Regionu NSZZ  Solidarność Dolnego Śląska był zastępcą Frasyniuka.

Często wpadał posiedzieć u mnie w bibliotece. Czasami na dłużej, czasami tylko na chwilkę aby się wyrwać od natłoku codziennych spraw i wydarzeń. I tak dzień po dniu w jakiś nie zauważony przez nas obojga sposób wytworzyła się między nami więź przyjaźni. Była to inna przyjaźń niż te, których doświadczyłam wcześniej. Piotr był raczej małomówny. Przychodził, przeglądał niektóre publikacje, rzucił jakiś żart, skomentował bieżące wydarzenia. Często siadał i nic nie mówił i ja intuicyjnie również milczałam. Czasami rodzą się takie relacje, które dużo słów nie potrzebują, kiedy sama obecność wystarcza, kiedy nie potrzeba sobie niczego tłumaczyć i dyskutować bo wychodzi się z tych samych założeń i akceptuje się ten sam system wartości.

Był szczupły, wysoki. Swoją urodą i charakterem przypominał mi postacie chłopów z XIX-wiecznej literatury. Jasne włosy i bardzo niebieskie oczy, które w chwilach gniewu stawały się zimno stalowe. Miał czysto wyznaczone, powiedziałabym nawet ewangeliczne zasady, które określały jego sytstem wartości. Tak znaczyło tak, nie znaczyło nie. Wyróżniał się swojego rodzaju moralną niezłomnością i czystością. Obce mu były, tak często wtedy i dzisiaj obecne, inteligenckie argumentacje potrafiające znaleźć usprawiedliwienie dla wszystkich i wszystkiego. Był głęboko wierzący, wiarą o której się nie mówiło tylko zawsze przekładało na czyn. To co robił, po jakiej stronie się opowiadał, jego niesłychanie głęboka wrażliwość na społeczną krzywdę, do tej pory wspominana przez ludzi, z którymi los go zetknął, głęboko była w tej wierze zakorzniona i z niej wypływała.

A potem przyszedł 13 grudnia 1981. Zbiegiem okoliczności oboje uniknęliśmy aresztowania tej dramatycznej nocy. Spotkaliśmy się na strajku we wrocłwawskim Pafawagu. Przed samą pacyfikacją robotnicy wyprowadzili Bednarza, Frasyniuka, Piniora i Barbarę Labudę poza teren zakładu. Zostałam paląc dokumenty, które otrzymałam od Piniora z poleceniem zniszczenia. Minęło sporo czasu zanim zobaczyliśmy się ponownie. Ja byłam zaaresztowana i następnie przewieziona do Gołdapi.

 Piotr w tym czasie działał w podziemiu i stał się razem z Frasyniukiem i Piniorem jednym z najbardziej poszukiwanych działaczy solidarnościowych. Aresztowano go w 1982 roku, miesiąc po Frasyniuku. Na sali sądowej powiedział: „Ja w rocznicę powstania związku złożyłem przysięgę przed Ołtarzem Chrystusa i obliczem ludzi zgromadzonych w zajezdni przy ul. Grabiszyńskiej. Nie byłem mianowany, lecz wybrany i tylko wyborcy mogli mnie z tej funkcji i obowiązków zwolnić. I powtarzam raz jeszcze: byłem tam, gdzie oni - to mnie obowiązywało”. Został skazany na 4 lata więzienia.

I tutaj zaczyna się historia, która w oficjalnych źródłach przedstawiana jest zupełnie inaczej niż ja ją znam. A słyszałam ją od samego Piotra więc dla mnie jest wiarygodna. Wypowiadam się o niej publicznie pierwszy raz. Przez te wszystkie lata związana byłam przysiegą milcznia i zwolniła mnie od niej śmierć Piotra, która nastapiła 26 marca 2009 roku, 10 miesięcy po moim powrocie do kraju. Próbowałam opowiedzieć tę historię za pomocą oficjalnych instytucji ale nadal nie ujrzała ona światła dziennego.

We wszystkich pisanych źródłach i wspomnieniach działaczy solidarnościowych pojawia się wersja, że Bednarz był słaby psychicznie, że poddawany brutalnym naciskom i torturom załamał się i 15 maja 1984 roku podjął w więzieniu próbę samobójczą. Nikt tej wersji nie kontestował. W swojej relacji przesunę się więc do wiosny roku 1987 lub 1986. Piszę „lub” gdyż wtedy nie zdawałam sobie sprawy z tego, że uczestniczę w wydarzeniach historycznych i nie prowadziłam notatek pozwalających mi teraz odtworzyć dzień po dniu przebieg wydarzeń. Wiem natomiast na pewno, że była wtedy wiosna.

Lubię to! Skomentuj120 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale