Mnożą się sygnały o zakulisowych wojnach o pieniądze między rządzącymi Polską watahami.
Giną ludzie, którzy o tych zakulisowych pieniądzach mieli dużą wiedzę. Inni szybko zmieniają ugruntowane wydawało by się poglądy.
Trwa wytężona praca lodziarzy, na czym by tu jeszcze coś nadającego się do lizania ukręcić...
Ostatnie pomysły (choć może coś przeoczyłem), to prywatyzacja lasów państwowych i zwiększenie skali kradzieży przy realizacji zamówień publicznych.
W sprawie lasów, rządzący wraz ze swymi medialnymi propagandzistami zaczynają wmawiać Polakom że to, co się nie opłaca doświadczonym, działającym na wielką skalę zarządcom, od dyrekcji lasów państwowych, przez dyrekcje regionalne po nadleśniczych, będzie się opłacać prywatnemu właścicielowi paru, parunastu, parudziesięciu hektarów lasu.
Właśnie "nieopłacalnością" dla skarbu państwa gospodarowania na "niewielkich, leżących na uboczu" kawałkach lasów rządzący uzasadniają pomysł sprzedaży, oczywiście z zyskiem dla skarbu państwa bo jakżesz by inaczej, takich lasów.
Sytuację właściciela niewielkiego lasu (nie będącego leśnikiem i nie mieszkającego przy tym lesie, czyli takiego zapewne typowego docelowego inwestora w planach rządzących) znam dość dobrze.
Prowadzenie racjonalnej gospodarki lasem (tzn. takiej, która ma szanse być opłacalna w dłuższym czasie) wymaga pewnej minimalnej jego powierzchni. Niemieckie źródła (polskich nie znam) podają, że musi to być min. 200 ha. Poniżej tej powierzchni nie opłaca się np. certyfikować lasu do standardu FSC bez którego nie sprzeda się korzystnie ani surowca tartacznego, ani nawet drewna z cięć pielęgnacyjnych np. na potrzeby producentów płyt. Nie opłaca się również właścicielowi mniejszego lasu wynajęcie leśników-konsultantów, ani zatrudnienie robotników do prac pielęgnacyjnych. Roczne przyrosty masy drewna w lesie mniejszym niż 200 ha nie usprawiedliwiają po prostu ponoszenia tych kosztów.
Prywatny właściciel lasu w świetle obowiązującego w PL prawa nie może dowolnie w nim gospodarować. Nie może np. pozyskać surowca kiedy chce, nie może nawet zrobić cięć sanitarnych. Na wszystko musi mieć zezwolenie nadzoru leśnego, z urzędu powiatowego. A tam jedni zezwolenia na wycinkę dostają, a inni nie. To jedno z wbudowanych w polskie prawo miejsc potencjalnej korupcji.
Plagą prywatnych właścicieli lasów są kradzieże drewna. Służba leśna nie zajmuje się tym wcale, woli, by złodzieje kradli u "prywatnego" niż u nich. Policja nie znajduje sprawców takich kradzieży, bo zwyczajnie woli nie jarzyć, z czego mają na kontenery "wina" mieszkający blisko lasów posiadacze ciągników, którzy nie posiadają ziemi. A gdy policja złapie już jakimś cudem na gorącym uczynku złodzieja drewna to kara jest symboliczna, bo drewno z jednej sosny kosztuje niewiele. Sądowi do głowy przecież nie przyjdzie, by zasądzić dla właściciela lasu koszt odtworzenia wyciętego drzewa, tzn. zasadzenia podobnego w miejsce wyciętego, co kosztuje dużo.
Kupno "niewielkiego, leżącego na uboczu" kawałka lasu może się opłacać prywatnemu inwestorowi tylko w paru przypadkach.
Po pierwsze, gdy zapłaci za ten las mniej, niż wynosi wartość znajdującego się w nim drewna. (To się odbywa już dzisiaj, gdy kawałki lasu w ramach działek rolnych sprzedaje Agencja Nieruchomości Rolnych, ale dotyczy to najczęściej paruarowych, lub paruhektarowych powierzchni lasu.) Inwestor w takim przypadku kupi las, "kupi" w powiecie zezwolenie na wycinkę, sprzeda drewno. Strata dla skarbu państwa jest ewidentna, bowiem to samo, z tym samym a nawet większym zyskiem dla skarbu państwa mogą zrobić zarządcy lasu państwowego.
Kupno lasu może się opłacać prywatnemu inwestorowi również wtedy, gdy inwestor zapłaci za ten las tyle, ile wynosi cena rosnącego w nim drewna i cena działki leśnej w przetargu. Będzie się to opłacać, gdy las będzie zlokalizowany na odpowiednim "uboczu", np. pod miastem. Inwestor kupi taki las, "kupi" w powiecie zezwolenie na wycinkę, sprzeda drewno, "kupi" w powiecie decyzję o przekształceniu działki na inwestycyjną lub budowlaną, sprzeda z wielkim zyskiem działkę inwestycyjną/ podzielone działki budowlane. Strata dla skarbu państwa ponownie jest ewidentna, bowiem to samo, z tym, a nawet większym zyskiem dla skarbu państwa mogą zrobić zarządcy lasu państwowego oraz zarządcy nieruchomości skarbu państwa.
Kupno lasu może się również opłacać, jeśli "pod" lasem ukryte jest coś wartościowego, o czym wiedzą nieliczni.
Argument, że ktoś kupi las dla przyjemności przebywania we własnym eksponowany w rządowej propagandzie mającej usprawiedliwić sprzedaż lasów państwowych wkładam między bajki dla lemingów. Kto chciałby płacić miliony za przyjemność przebywania w tym własnym lasku, skoro dziś może przebywać w prawie każdym lesie, borze, każdej puszczy w Polsce? Za darmo.
O co więc tak naprawdę chodzi w tej sprzedaży lasów dzisiaj państwowych?
W obliczu wyczerpywania się innych wymyślono nowy sposób grabieży majątku publicznego. Wybrani przedstawiciele watah okupujących Polskę uwłaszczą sie ponownie. Tym razem na lasach.
W mniej lub bardziej ustawionych przetargach sprzedawane będą poniżej ich realnej wartości "niewielkie, położone na uboczu" lasy. A później sprzedawane będą zapewne i większe. I położone jakby mniej na uboczu.
Inwestorami będą zamożni już dzisiaj "swojacy". Każdy "obcy", który zdeterminowany wygra przetarg nie "kupi" zezwolenia na wycinkę, nie "kupi" decyzji o zmianie przeznaczenia gruntu, nie sprzeda tego, co "odkrył" pod lasem. A jeśli nawet "kupi" i sprzeda, to saldo tej inwestycji będzie niezbyt dla niego korzystne.
Kolejnym miejscem, w którym rządzący ewidentnie starają się zwiększyć skalę kradzieży publicznych pieniędzy są przetargi publiczne.
Prorządowe media i internet wzmogły się ostatnio od wystąpień pokazujących "patologie" w działaniu ustawy o zamówieniach publicznych. We wszystkich tych wystąpieniach, w sposób mniej lub bardziej zawoalowany winą za powszechnie znane problemy z realizacją zamówień publicznych obciąża się wiążące ręce urzędników przy wyborze oferty ustawowe kryterium niskiej ceny. Jeden ze "wzmożonych" senatorów PO zaczął nawet, nagle i niespodziewanie a całkiem celnie krytykować swoją partię dla ukrycia cenowej istoty swego publicznego wystąpienia.
Zniesienie, lub ograniczenie zastosowania w przetargach kryterium najniższej ceny ma wg szukających nowych żerowisk cudownie uleczyć patologie systemu zamówień publicznych.
A przecież już dzisiaj mamy powody do narodowej dumy a la Tusk: polskie/niepolskie firmy budują na polskich nizinnych piaskach najdroższe autostrady w Europie, polskie/niepolskie firmy budują w Warszawie najdroższy stadion Europy, polski NFZ kupuje hurtowo leki po najwyższych cenach, jakie osiągają w Europie światowe koncerny farmaceutyczne, a PGNiG kupuje rosyjski gaz po praktycznie najwyższych w Europie cenach, tak perfekcyjnie wynegocjowanych przez rząd po/psl.
Ale wszyscy nagle ostatnio wzmożeni chcą jeszcze wyższych cen w zamówieniach publicznych.
Forsy nie starcza już dla wszystkich beneficjentów rządu Tuska.
Watahy lodziarzy zaczynają się publicznie gryźć.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)